TRANSCONTINENTAL RACE 2016




XI dzień - Blasje - Skopje - Veles - Valadowo - [GR] - Serres - Mesorrachi



DST 313,6 km - AVS 23,3 km/h - MAX 57,5 km/h - ALT 1675 m


Pierwsze kilometry nocą, dzięki temu przez dużą aglomerację Skopje przejeżdżam w komfortowych warunkach, z minimalnym ruchem na drogach. Za Skopje trochę psuje się droga, trafiają się odcinki bruku; jadę tutaj starą drogą, równoległą do autostrady i jak widać o jej stan już się mało kto troszczy. Prawdziwe problemy zaczynają się za Katlanowem, tutaj są jedyne większe podjazdy dzisiejszego dnia, ok. 300m w pionie. Droga na tym odcinku jest w bardzo słabym stanie, masa dziur, ileś odcinków szutru, nocą jedzie się to słabiutko, dopiero na zjeździe zaczyna powoli świtać. Po przejechaniu tego małego masywu jakość drogi się poprawia, wjeżdżam do fajnie ulokowanego Veles, położonego na wzgórzach, a że nie było tu specjalnie wysokiej zabudowy miasto przypadło mi do gustu. Za Veles niebrzydki odcinek po równinach, daje się tu zauważyć wyraźna zmiana klimatu, cała okolica nabiera już kolorów południa Europy, zieleń zamienia się na kolorystykę żółto-brązową; coraz więcej południowej kolczastej roślinności, coraz więcej wyschniętych terenów. Ale jedzie się dobrze, wiatr pomaga, a po setkach kilometrów ciągłych podjazdów takie dłuższe odcinki plaskiego są przyjemną ulgą. Po drodze w jednym z miasteczek staję na śniadanie, obserwując przy okazji toczące się zupełnie innym rytmem życie w takich małych miejscowościach.
Przyjemna jazda kończy się w Demir Kapija - tutaj jest dłuższy odcinek przerwy w autostradzie, która jest dopiero budowana, trasę miałem wytyczoną drogą po prawym brzegu Vardaru (tak ją puścił automatycznie serwis) - ale po nocnych doświadczeniach byłem bardzo wyczulony na wjeżdżanie na boczniejsze drogi w Macedonii, a widziałem że dalej nie ma mostów na rzece, więc jak raz bym wjechał na boczną drogę - to musiałbym ją jechać do końca. Rozglądałem z szosy - po drugiej stronie nic sensownego nie widziałem. Postanowiłem więc nie ryzykować i pojechałem główną drogą, na którą wjechałem zaraz po końcu autostrady. Odcinek ok. 20km był z potężnym ruchem (na szosę wlał się cały ruch z autostrady), drogą bez pobocza, choć widokowo niebrzydka, świetnie było widać szeroko rozlany Vardar, zasilony niedawnymi ulewnymi deszczami, które parę dni wcześniej spowodowały zalanie samego Skopje. Droga była z dużym ruchem, ale była to droga dobrej jakości, jadąc nią widziałem, że po drugiej stronie jest słabiutka szutrówka, więc moja czujność popłaciła, wybierając ten wariant zyskałem tutaj sporo. A wielu zawodników wrąbało się na szutrówkę, bo tak automatycznie trasę puszczały serwisy do planowania tras i musieli jechać terenem całe te 20km.
Po 20km z ulgą zjeżdżam z głównej drogi, na Valandowo są już normalne, boczne asfalty, trochę łagodnych wzgórz - i dojeżdżam nad wielkie jezioro Dojran, które jest granicą Macedonii z Grecją. Granicę przekraczam pobliskim przejściem granicznym, trochę bałem się tu problemów z uchodźcami, bo w tym rejonie były ich wielkie obozy - ale zero problemów, żadnych uchodźców nawet nie widziałem. Po greckiej stronie zrobiło się już bardzo ciepło, temperatura dochodziła do 36-38'C. Cały pierwszy odcinek po Grecji to bardzo monotonna jazda, płaskie i nudne tereny rolnicze. Przed Serres fragment bardzo nieprzyjemnej, ruchliwej drogi, miasto też spore i z ruchem, przejechałem tu przez centrum by zrobić zakupy. Za Serres robi się sporo przyjemniej, ruch poszedł na Saloniki. Skończyły się rolnicze tereny, zaczęły sie wyschnięte stepy poprzecinane łagodnymi wzgórzami, a jako, że temperatura pod wieczór troszkę odpuściła jechało się przyjemniej. Po zaliczeniu większego wzgórza rozkładam się pod oliwkami niedaleko drogi, z mocnym postanowieniem by jutro jechać już do oporu, tak by dociągnąć do odległej o 400km mety.

XII dzień - Mesorrachi - Kavala - Xanthi - Alexandroupoli - [TR] - Kesan - Gallipoli - Canakkale



DST 413,8 km - AVS 21,6 km/h - MAX 59,2 km/h - ALT 2503 m


W czasie nocy jakieś owady pogryzły mnie w ręce w wyniku czego mocno opuchły mi obie dłonie, słabo się z tym jedzie, ledwo rękawiczki daję radę założyć. Ruszam nocą, ale jest bardzo ciepło, koło 20'C - co mnie poważnie niepokoi w kontekście temperatury w środku dnia. Pierwszy odcinek do Kavali pagórkowaty i bardzo emocjonujący, bo mam tu kilka starć ze słynnymi greckimi psami. Emocji było sporo, bo atakowały mnie watahy 5-6 dużych psów na zupełnych zadupiach, ale musiały uznać wyższość Wilka ;)). W Kavali klimatyczny przejazd przez położony w zatoce otoczonej wzgórzami port, który kapitalnie prezentował się nocą. Kawałek dalej zaczyna świtać, a wraz ze świtem zaczyna też wiać. Z upływem dnia wiatr się zdecydowanie nasilał i pod Xanthi wiało juz bardzo mocno, porządnie spowalniając. W Xanthi droga zakręcała o 90 stopni i kolejny odcinek nad morze wiatr sprzyjał, ale to był jedyny taki odcinek na dzisiejszej trasie przez Grecję, bo całą resztę musiałem się mordować pod wiatr. Do tego już koło 11 zaczyna prażyć niemiłosiernie, z nieba leje się potężny żar, temperatura oscyluje w granicach 41-43'C, a to jest już poziom przy którym znacznie spada wydolność.
Na wyprawach z takim upałem można sobie radzić robiąc sjesty w środku dnia, bo tam jest dużo czasu by przeczekiwać mniej korzystne warunki - ale maratony rządzą sie innymi prawami. Tutaj trzeba było cały czas jechać w najgorszym żarze. Do tego za Komotini zaczęła się dłuższa seria większych górek dochodzących do 250m. Okolica już typowo południowa, jakże inna od krajobrazów Grecji w rejonie jeziora Dojran - wyschnięte wzgórza, pojawiają się oliwki, wyraźnie widać, że deszcze nie są tu częstym gościem. W Alexandroupoli robię postój na lody, jestem już mocno skatowany upałem, dystansem i którymś dniem jazdy z rzędu. Coś tam zjadłem, ale nie znalazłem nic pasującego mi na obiad. Za Alexandroupoli fatalny odcinek, czołowo pod bardzo mocny wiatr, który jak na złość musiał się tu trafić w samej końcówce. Cały odcinek do tureckiej granicy strasznie się męczyłem jadąc po 17-19km/h, dalej w potężnym upale pod 40'C. Na granicy jeszcze zrobiłem błąd, pojechałem kawałek za daleko, a z mojej drogi był zjazd tylko na autostradę, by dojechać na granicę boczną drogą musiałem kawałek zawracać. Ale na tym kawałku gdy jechałem krótki odcinek z wiatrem - 30km/h osiągało się bez problemu, że też nie mogło mi tego ostatniego dnia powiać w plecy! Doturlałem się powoli na granicę, tutaj robię postój w barze, posiedzieć trochę w klimatyzacji było fantastycznie.
Granicę przekraczam bez problemów, Turcja wita dobrymi drogami, jedzie się tu dwujezdniowymi szosami, w każdym kierunku dwa pasy i pobocze, tak więc pomimo sporego ruchu jest wygodnie i bezpiecznie. Ale już skatowany tego dnia byłem bardzo mocno, więc do Kesam ciągle czołowo pod wiatr strasznie się męczyłem, bardzo licząc na skręt drogi na południe w tym mieście. Wreszcie zachodzi słońce i dopiero wtedy temperatura spada poniżej 30'C, wreszcie choć trochę można odetchnąć. W Kesam chciałem wymienić pieniądze, bo nie miałem lir tureckich, ale jak na złość z bankomatu nie dało się wyjąć pieniędzy. Za Kesam wiatr robi się boczny, mniej przeszkadza, ale jednak przeszkadza, dalej nie jest to wiatr sprzyjający. Za miastem zaczynają się większe podjazdy, w tym ściana na 330m, która na tym zmęczeniu ciągnęła się bardzo długo. Dopiero po tym jak droga skręciła na południowy zachód za Kavakkoy - zaczęła się szybka jazda. Teraz miałem wiatr w plecy, dawało się trzymać 25km/h, a często i 30km/h. Ale zmęczenie było już ogromne, mocno we znaki zaczęła się dawać senność. W pewnym momencie w rejonie Gallipoli, już nad Cieśniną Dardanelską tak mnie zmuliło, że postanowiłem przespać się z godzinkę, noc była bardzo ciepła, poniżej 25'C temperatura nie spadła. Ale jak na złość zupełnie nie było dobrej miejscówki by się położyć, więc w końcu ruszyłem dalej otrząsając się z zamulenia. Końcowy odcinek to żmudne odliczanie kilometrów, sporo małych górek i też droga dość marnej jakości, bo za Gallipoli skończyła się dwupasmówka, a na tej którą jechałem było dużo remontów. Korzystniej było chyba płynąć przez Dardanele z Gallipoli do Lapseki, ale nie miałem spisanych nocnych godzin promów i nie wiedziałem, czy w Gallipoli nie stracę tylko czasu na zjazd do portu, później okazało się, że mnie nawet ktoś płynąc tym promem wyprzedził.
Ciągnąłem więc do Eceabat, gdzie ku wielkiej uldze i bardzo już zmordowany docieram trochę po 3 w nocy. Prom miałem o 4, więc trochę czasu na odzipnięcie było, tym razem udało mi się też wypłacić liry z bankomatu. Nocny rejs przez Dardanele klimatyczny, światła po obu stronach tej słynnej cieśniny robiły wrażenie. Po azjatyckiej stronie Turcji już tylko czysta formalność, ze 100m rowerem pod widowiskowy zegar Saat Kulesi i melduję się na mecie Transcontinental Race z czasem 12 dni 5 godzin i 27 minut! Wzruszenie i radość ogromna, a wraz z nimi ulga, że to już koniec tej morderczej trasy. Razem ze mną dotarł tym samym promem (miejsce miał za mną bo później dotarł do Eceabat na prom) Holender Frank van der Sman, z numerem 66, ja miałem 166 ;)).

Podsumowanie

Wyścig prawidziwie morderczy, najtrudniejszy w jakim brałem udział, ale jednocześnie i najciekawszy. Wielką zaletą TCR jest system jazdy, bardzo ciekawie pomyślany - trasę każdy planuje sobie sam, ale obowiązkowe 4 punkty są tak ulokowane, że wymuszają jazdę po wielkiej ilości gór, co drastycznie podnosi skalę trudności. Samych przewyższeń jest 2 razy więcej niż na MRDP, no i są to góry dużo cięższe niż w Polsce, na których wiele łatwiej o załamania pogodowe, wiele razy trzeba było robić przewyższenia po 1000m jednym ciągiem, w Polsce takich się nie spotyka. Do tego trasa prowadzi przez rejony bardzo urozmaicone, jechałem aż przez 12 państw. A w każdym inaczej wygląda sprawa z zakupami, inaczej są otwarte sklepy, inaczej dostępne hotele, co innego do jedzenia w knajpach, inne waluty itd. To wszystko podnosi znacznie poprzeczkę w stosunku do jazdy po Polsce, gdzie wszystko znamy i wszystko mamy obcykane, na TCR trzeba znacznie więcej improwizować, a cena błędów w sprzęcie czy zaopatrzeniu wyższa. Do tego trasa prowadziła w sierpniu na południe Europy, więc dodatkową trudnością były upały, których miałem kilka dni, a które mocno wysysają z człowieka siły.
Kwestia finansowa - na TCR jest sporo istotniejsza niż na polskim MRDP. Tu, żeby walczyć jak równy z równym z czołówką trzeba mieć budżet koło 1000-1500 euro na same wydatki na trasie, bo tyle średnio wydają ludzie z Zachodniej Europy. To pozwala na w pełni komfortową jazdę, na to, że nocujemy gdzie chcemy i jemy gdzie chcemy i co chcemy bez żadnego oglądania się na ceny. Oczywiście można jechać dużo taniej, ale traci się na tym i jakością regeneracji i czasem spędzanym w sklepach, czy wożonymi zakupami. Za wpisowe dostajemy jedynie czapeczkę i dobrze zrobione śledzenie on-line rywalizacji na wyścigu. Na 4 punktach nie ma nic w ramach wpisowego, za wszystko trzeba płacić. Na trasie ten fakt mocno mnie wkurzał, że za wpisowe dwa razy większe od najdroższych polskich wyścigów nie ma prawie nic, podczas gdy w Polsce mamy za to wypasy, darmowe stroje, transport bagażów itd. Tu nie ma nic, na metę dojeżdża się w brudnych i przepoconych ciuchach i jak się chce mieć czystą zmianę - to trzeba kupować. Gdy patrzę na wyścig z pewnego dystansu czasowego, już mnie to aż tak nie irytuje, jeśli się decydujemy na start niestety trzeba przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza, że to zdecydowanie komercyjna impreza i większa część wpisowego 1200zł ląduje w kieszeni organizatora. Niemniej takie sytuacje, gdy 20-letni gówniarz rozparty w fotelu mówi mi że mam wyjść na zimnicę, bo w hotelu nie wolno jeść swojego pożywienia - potrafią mocno zagotować, to już jest przegięcie nawet na komercyjnym wyścigu i takie sprawy wpływają zdecydowanie negatywnie na odbiór wyścigu.
Kwestia sportowa - w wyścigu zająłem 16 miejsce na ponad 200 startujących, więc wynik osiągnąłem całkiem przyzwoity. Moim celem było dojechanie w 15 dniach, czyli czasie, który jest uważany za "sportowe" ukończenie TCR. Zrealizowałem to więc z dużym zapasem, bo trasa zajęła mi 12 dni i 5h. Drugim moim celem była była wewnątrzpolska rywalizacja, również zakończona sukcesem bo osiągnąłem najlepszy spośród Polaków wynik, od Dolomitów jadąc już z bezpieczną przewagą nad drugim w tej klasyfikacji Ryśkiem. Na trasie niewątpliwie popełniłem sporo błędów, jadąc to drugi raz rozegrałbym pewne sprawy inaczej, zebrałem sporo doświadczenia obserwując innych doświadczonych ludzi i ich styl jazdy. Do tego złapało mnie w Bośni zapalenie krtani, które mnie sporo strat czasowych kosztowało, odpuściło bardziej dopiero po 2 dniach, ale do końca trasy odczuwałem dolegliwości z tym związane. Przez całą trasę męczyły mnie rozmaite bóle, każdego dnia minimum 10 razy pozycję zmieniałem, by jeden ból zmniejszyć na chwilę, ale wywołując kolejny, dużo się namęczyłem z bólem szyi na płaskich odcinkach. Cały wyścig jechałem z lekko opadającą sztycą, bo w czasie przelotu uszkodził się zacisk, bardzo wkurzająca awaria. Myślę, że bez choroby i z optymalnym rozwiązaniem paru spraw z dobę dałoby się z tego wyniku jeszcze urwać. Ale też na samym wyścigu nie miałem jakiegoś wielkiego ciśnienia na rywalizację, jedynie ta polska mnie nakręcała, a w tej trzymałem wiekszość trasy sporą przewagę, więc też nie miałem wielkiej motywacji do maksymalnego zarzynania się. Wynikało to także z tego, że tu nie znałem osób z którymi rywalizowałem, a czy zajmę 20 czy 10 miejsce już tak ważne nie było. Na wyścigach w Polsce jest pod tym kątem sporo więcej frajdy, bo zna się prawie wszystkich jadących