TRANSCONTINENTAL RACE 2016




VI dzień - Canazei - Passo Fedaia (2056m) - Alleghe - Passo Giau (2236m) - Passo Staulanza (1773m) - Palmanova - Triest - [SLO] - Obrov



DST 300,9 km - AVS 21,2 km/h - MAX 64,5 km/h - ALT 3683 m


Na dzień dobry od razu pod górę, w sam raz żeby się rozgrzać, bo jest koło 10-11'C. Podjazd na Fedaię wchodzi sprawnie, dobrze że nocowałem przed przełęczą. Nocna jazda po tak wysokich górach ma swój niekłamany urok, zupełnie puściutko i cichutko, zjazdy specyficzne, tak szybko i sprawnie jak za dnia się nie pojedzie, ale z dobrą lampką to całkiem fajna sprawa. Choć akurat z Fedai warto by zjeżdżać za dnia, bo jest tu jeden z najszybszych zjazdów w Alpach, tutaj na wyprawie z Kotem w 2014 pociągnąłem 86km/h, tyle nocą to już się nie wyciśnie ;). Druga część zjazdu już w oświetleniu w Malga Ciapella i Caprile, później skręcam w prawo na Alleghe i po paru km docieram na CP3 - trzeci punkt kontrolny. Tu już na nic nie liczyłem, ale ten akurat był lepiej zorganizowany, mozna się m.in. było wygodniej przespać, z czego korzystało kilku zawodników. Ja jednak spałem niedawno, więc jedynie podstempolowałem książeczkę brewetową i ruszam z powrotem pod górę do Caprile. Podjazd pod Passo Giau zaczyna się kawałek za miasteczkiem, pierwsza dłuższa ściana doprowadza do Selva di Cadore, za miastem zostawiam większość bagażu, bo zjeżdżać z przełęczy będę tą samą drogą, więc nie ma po co targać całości bagażu pod górę, bo podjazd jest bardzo wymagający. Passo Giau to jeden z najtrudniejszych podjazdów w Dolomitach, poniżej 8% właściwie nie spada, z reguły trzyma 9-11%, biegów niestety znowu brakowało. W końcówce podjazdu zaczyna już świtać, kolejne bardzo klimatyczne miejsce, ze szczytu kapitalne widoki na masywy Dolomitów oświetlone pierwszymi promieniami wschodzącego słońca. Ale zrobiło się zimno (koło 9'C), więc szybko ruszam w dół. Za Selve di Cadore czekał mnie jeszcze ostani podjazd w Dolomitach pod Passo Staulanza, ale już sporo krótszy i łagodniejszy niż wycinające Giau.
Ze Staulanzy długi zjazd na poziom zaledwie 400m, w Longarone robię zakupy i dłuższy postój śniadaniowy. Gdy ruszam dalej już zaczyna się powoli robić gorąco, najbliższy kawałek wcale nie jest płaski, przejeżdżam przez takie "przedmurze" Dolomitów i dobre 400m w górę jeszcze trzeba było zaliczyć. Dopiero za tą mini-przełeczą na 800m zaczęła się jazda w dół i po godzinie-dwóch góry zostają coraz bardziej za plecami, a ja wjeżdżam na nizinę Padańską, taka chwila przerwy od gór była bardzo porządana. Z jednej strony jechało się nieźle - miałem wiatr w plecy i wreszcie było płasko, z drugiej upał powoli zaczynał się rozkręcać, z początku było trochę powyżej 30'C, ale w rejonie Palmanovy już dochodziło do 40'C, a ten poziom upału zaczyna wykańczać. Do tego na płaskim coraz mocniej zaczyna mnie boleć szyja, pierwszy raz złapała mnie tego typu kontuzja, ale z doświadczeń innych wiedziałem, że nie mozna tego lekceważyć, bo to już niejednego kolarza zmusiło do wycofania sie z imprez ultra; więc sporo czasu straciłem na przestawianie pozycji i rozmaite kombinacje z lemondką.
Nizina Padańska bardzo nudna, tylko żmudne odliczanie kilometrów, dopiero na wjeździe do Triestu zrobiło się ciekawiej, wjeżdża się tu na wysoki klif i w pewnym momencie otwiera się szeroki widok na Morze Adriatyckie. Zrobiło to na mnie duże wrażenie, dopiero teraz uzmysłowiłem sobie jaki kawał udało sie ujechać z Belgii w ledwie 6 dni - i to wcale nie najkrótszą drogą ;)). Sam przejazd przez Triest słaby, bardzo duży ruch na ulicach, staję tu na obiad w pizzeri. Z miasta czeka spory podjazd w stronę słoweńskiej granicy, w sumie na ponad 500m. Końcówka całkiem fajna, temperatura spadła do akceptowalnego poziomu, a krajobrazy słoweńskie przypominały mi Polskę, wreszcie sporo zieleni i rozległych łąk. Nocuję kawałek od drogi na polu. Ostatnie dwa dni bardzo przyzwoite, w Alpach wypracowałem nad Ryśkiem dużą przewagę blisko 200km, Ricardo po pierwszym udanym dniu w Alpach, dalej jednak nie dał rady utrzymać mojego tempa w górach. Generalnie sporo awansowałem w klasyfikacji i już byłem w okolicach pierwszej 30-ki. Wiele osób jednak nie potrafiło dobrze rozłożyć sił, na początku się wystrzelali jadąc bardzo mocno, nie śpiąc wiele - i w górach zapłacili za to cenę.

VII dzień - Obrov - [HR] - Rijeka - Senj - [BiH] - Bihac - Bosanski Petrovac - Bravsko



DST 306,4 km - AVS 21,7 km/h - MAX 59,4 km/h - ALT 3486 m


W nocy znowu wielka rosa, wszystko mokre. Wilgotno jest nawet na drodze, drobinki wody unoszą się w powietrzu, okulary całe mokre. Zaraz na starcie trasy doganiam zawodnika z TCR, ale jedzie już słabiutko - widać, że kończy dzień, po chwili rozmowy dowiaduję sie, że zaraz będzie szukać miejsca do spania. Początek trasy pagórkowaty, już po 15km docieram na granicę chorwacką, to pierwsza granica na której sprawdzają paszporty (Chorwacja jest w UE, ale nie w Schengen), Kawałek za granicą zaczyna się autostrada, a stara droga przekracza jakąś budowę, kawałek jechałem tu szutrami - takie kawałki nocą sa dużo bardziej upierdliwe niż za dnia. Po drugiej większej górce zaczynają sie już zjazdy nad poziom morza, samą Rijekę mijam bokiem, ale w mieście jeszcze jedną ostrą ściankę trzeba było zaliczyć. Za Rijeką ekstra kawałek, droga prowadzi tu nad zatoką wrzynającą się wgłąb lądu, a zaczyna już świtać i widać dobrze morze, droga chwilami prowadzi nad samą jego taflą. Krajobrazy powoli robią się typowo chorwackie - wyschnięte beżowe skały, roślinność śródziemnorska, ale największe wrażenie robi na mnie charakterystyczny zapach tych okolic. Po ok. 80km staje przy drodze na śniadanie, później jeszcze dużo czasu poleciało mi w Senju, gdzie robię większe zakupy w markecie. Tam odbijam wgłąb lądu, co wiąże się z większym podjazdem na Vratnik (698m). Podjazd w miarę prosty, częściowo w lesie, niestety ruch na drodze bardzo dotkliwy, a słońce zaczyna mocno smażyć. Za przełęczą trochę zjazdu, kolejny niepotrzebny postój w Otocacu na zakupy. Dalej jazda robi sie trudna, jadę pod wiatr, a upał mocno daje w kość, temperartura stabilizuje się na poziomie 37-38'C, do tego górki sa cały czas.
Po całej serii małych podjazdów i zjazdów przed Plitvicami zaczynają się dłuższe zjazdy, najpierw na poziom ok. 700m, później długi zjazd w stronę Bihaca. Tam wjeżdżam do Bośni i jadę na Bihac, położony zaledwie na 200m, co sprawia że słońce tu praży na maksa. Szczególnie dało mi popalić na długim podjeździe za miastem, dopiero jak wjechałem na poziom ponad 700m zrobiło się nieco przyjemniej i gorąc powoli odpuszczał, ale już byłem solidnie zmęczony całodzienną trasą w tak dużym słońcu, czasowo sporo dłużej niz wczoraj. Odcinek za podjazdem - ekstra, zaczyna się bośniacka "preria", na odległości wielu kilometrów nie ma żadnych osad, ciągną się tylko szerokie zielone łąki z poutykanymi licznie wapiennymi skałkami; zapamiętałem ten odcinek z wyprawy z Mikim w 2009 roku. Pociągnąłem jeszcze kawałek za Bosanski Petrovac i na szczycie jednej z licznych górek rozłożyłem się na biwak pod lasem.

VIII dzień - Bravsko - Jajce - Travnik - Sarajewo - Brod



DST 287,3 km - AVS 21,9 km/h - MAX 54 km/h - ALT 2536 m


Gdy się budzę orientuję się, że od wczoraj diametralnie zmieniła się pogoda - po upale nie ma śladu, jest chłodno, a do tego zaczyna popadywać deszcz. Ale dużo większym problemem jest to, że zaczyna mnie boleć krtań, a z doświadczenia wiem, że to raczej nie minie, szczególnie że przy takim wysiłku jak na TCR drogi oddechowe są mocno obciążone. Przeziębienie złapałem w kuriozalny sposób, nie przy jakimś dużym ochłodzeniu czy przemoczeniu; a właśnie podczas dużego upału, wlewając w gardło litry zimnych napojów.
Ale wyjścia nie mam - trzeba jechać dalej, licząc, że z krtanią nie będzie tak źle. Na starcie pada, początek trasy to długi zjazd z ponad 700m na 250m, na dole jest ciepło i sucho. Ale długo to nie potrwało, wkrótce dogania mnie ulewa i na podjeździe znowu na poziom 700m jestem szybko mokry, bo woda leje się z nieba strumieniami. I tak się pechowo złożyło, że gdy wjechałem na górę zaczął się płaskowyż na którym dorwało mnie główne uderzenie burzy, pioruny waliły co chwilę. Trochę niebezpiecznie było bo w okolicy za wiele wyższych wzniesień nie było - ale i przeczekiwać burzy nie było gdzie, a ochłodziło się do ledwie 12'C. Miała ta jazda swoisty urok, gdy błyskawice rozświetlały noc - na krótką chwilę robiło się zupełnie widno, drogą płynęły całe rzeki wody. W okolicach Mrkonic Gradu zaczyna świtać, kończy się też burza, ale to nie oznacza końca deszczu, ten stabilizuje się na poziomie dość intensywnego opadu i nawet na chwilę nie odpuszcza. Tak więc do większego miasta Jajce jadę cały czas w deszczu, a jako, że było tu sporo zjazdów zaczynam też przemarzać. Za miastem staję na długi postój w barze na stacji benzynowej by dojść do siebie, zrobiłem błąd jadąc trochę za lekko ubrany. Po ponad godzinie ruszam już ciepło ubrany, leje tak samo mocno jak wcześniej. Odcinek do Donjego Vakufu wygodny do jazdy, wzdłuż rzeki, łagodnie w górę. Tutaj wysiada mi czujnik prędkości i kadencji Garmina, pomimo licznych prób naprawy już do życia nie wrócił, tak więc od tego momentu dane prędkości mam jedynie z satelitów, więc mniej dokładne i z zaniżoną prędkością średnią.
Za Vakufem zaczyna się dłuższy podjazd na ponad 900m przełęcz, pokonuję go sprawnie, deszcz wreszcie zaczyna odpuszczać, a góry Bośni ładnie się prezentują przebijając się zza licznych mgieł. Z przełęczy zjeżdżam do Travnika - i tu jazda zdecydowanie się psuje. Po tej stronie górskiego łańcucha tereny są znacznie gęściej zaludnione i co za tym idzie ruch na drogach drastycznie rośnie. Ok. 30km za Turbe jadę w potężnym ruchu wąską drogą, dalej jest trochę lepiej bo część ruchu przenosi się na autostradę do Sarajewa, ale i na mojej drodze samochodów zostaje dużo. W Kiseljaku jem obiad, w barze zamówiłem lokalną pleskjavicę - ale za smaczne to nie było, do tego musiałem rozmienić banknot 50 euro, a resztę dostałem w niewymienialnych poza Bośnią markach bośniackich. Przed Sarajewem ruch znowu rośnie, samo Sarejewo mijam bokiem jadąc jedynie przez bardzo brzydkie przedmieścia, w ogóle ten rejon Bośni zdecydowanie przegrywa z dużo ładniejszym kawałkiem aż do Vakufu.
Za Sarajewem ruch znacznie maleje, tereny robią się ciekawsze, są pierwsze kaniony. Ale mnie to nie cieszy, bo coraz bardziej zaczynam odczuwać dolegliwości związane z krtanią, ponad 100km jazdy w ulewach i niskich temperaturach na pewno mi nie pomogło. Wyraźnie przeszkadza to w oddychaniu, co parę minut muszę wypluwać gęstą flegmę, która zapycha mi gardło, do tego łapie mnie gorączka. W tym stanie zaliczam najwyższy dziś podjazd na prawie 1200m, później jest w dół, kawałek bardzo widowiskowy, prowadzący kanionem Bistricy z wysokimi na kilkaset metrów ścianami. Ale w tym stanie nie zwracałem na to większej uwagi, zresztą zaczynało już zmierzchać. Jako, że nie padało postanowiłem się przespać przy drodze. Wkrótce okazało się, że był to spory błąd - bo oczywiście zaczęło padać i w worku biwakowym Cumulusa za 5 stów nie dało się spać. W teorii miał być wodoodporny, w praktyce - prawie nic przed wodą nie zabezpieczał i jeszcze sklejał się ze śpiworem, nie dość że go moczył, to jeszcze ciężko było się z tego wyplątać. Uznałem że takie spanie sensu nie ma, tylko ze 2-3h na to wszystko zmarnowałem, a nic nie odpocząłem. Mocno zdołowany coraz bardziej dającą popalić krtanią, ruszam więc dalej, a znowu zaczęło mocno lać. Szczęście mi sprzyjało, bo na końcu kanionu znalazłem czynny motel, w którym biorę pokój, to pierwszy nocleg pod dachem w czasie wyścigu.

IX dzień - Brod - [MN] - Pluzinje - Durmitor (1907m) - Zabljak - Tara



DST 124,6 km - AVS 18,1 km/h - MAX 53,6 km/h - ALT 2486 m


Po wczorajszych przeprawach z gardłem i pogodą uznałem, że muszę się lepiej zregenerować jeśli mam TCR dokończyć, bo nasilające się problemy z krtanią postawiły to pod sporym znakiem zapytania. Ruszam dopiero o 10, pierwszy odcinek to słabej jakości droga na granicę czarnogórską, dużo dziur, nawet kilka odcinków szutrowych się trafiło. Na tym odcinku, aż do Pluzinje towarzyszył mi samochód z fotografami wyścigu, a jako że kawałek był bardzo atrakcyjny parę moich zdjęć trafiło nawet do galerii wyścigu. Pogoda dalej słaba, chłodno, drogi mokre i co chwilę popaduje, ale na szczęście to delikatne opady. Do Czarnogóry wjeżdża się po drewnianym moście, tak śliskim, że mało i bym sobie fiknął ;). Po czarnogórskiej stronie drogi już z dobrym i równym asfaltem. Kawałek do Pluzinje bardzo malowniczy, jedzie się kanionem Pivy pokonując liczne wykute w skałach tunele, szkoda że wypadło to przy tak słabiutkiej pogodzie. Przed Pluzinje nad jeziorem zaczyna mocno wiać, co zaczyna budzić obawy co do przeprawy przez Durmitor. W samym Pluzinje jadę do baru, gdzie jest pierwsza część trzeciego punktu kontrolnego, druga mieści się po wschodniej stronie Durmitoru.
Podjazd z Pluzinje to jedna z najpiękniejszych dróg Europy, słynna droga tuneli, ale nie takich jak w Alpach, z obudową i pełną infrastrukturą, tutaj są piękne skalne tunele bez oświetlenia, a z drogi ekstra widoki na położony niżej zalew na Pivie; kolejny raz żałuję, że na tak słabe warunki akurat tu trafiłem. Podjazd do Trsty dość ostry, sporo odcinków po 10% i trochę więcej, ale jechało się sprawnie. Dużo gorzej było wyżej, bo za Trstą zaczyna się otwarty teren górskich hal, brakuje kanionów i lasów chroniących przed wiatrem, więc ten uderza we mnie z całą siłą, a wieje bardzo mocno. Cały pozostały odcinek Durmitoru była to walka z pogodą, widoki niestety bardzo ograniczone, bo u góry pojawiła się mgła i mżawka. Wlokłem się więc tutaj długo, na przełęcz Sedlo (1907m) docierając z dużą ulgą. Stąd mam już w dół, a następnie jakieś 7-8km po płaskim, czołowo pod bardzo mocny wiatr. Punkt w Żabljaku najlepiej zorganizowany ze wszystkich, w niezłej agroturystyce, można tu było wziąć pokój za opłatą. Straciłem tu zdecydowanie za dużo czasu - najpierw byłem w restauracji na obiedzie, później w markecie na zakupach, wreszcie postanowiłem się już tutaj przespać, bo ze względu na krtań i słabą pogodę zależało mi na noclegu pod dachem, a za Żabljakiem mogły być spore problemy ze znalezieniem czegoś. Ale na miejscu okazało się, że pokoje są wieloosobowe, a akurat niedawno dotarła grupka paru ultrajtowców, którzy zdrowo przemokli i przemarzli i pokoje wzięli bardziej po to by sie przesuszyć, a nie by spać. Uznałem więc że w tych warunkach próby spania nie mają sensu, bo co chwilę ktoś będzie łaził i gadał - i jednak pojechałem dalej, tylko tracąc sporo czasu. Zjazd z Żabljaka bardzo ponury, w mżawce, jeszcze przed zachodem słońca, a już tak ciemno się zrobiło, że musiałem lampki odpalać. Miałem farta, bo przy moście na Tarze trafiłem na jakiś czynny kemping i wziąłem domek. Standard niski, ale cena też, a ja potrzebowałem jedynie łóżka w suchym miejscu.
Dzisiejszego dnia przejechałem ledwie 125km - ale był to efekt zapalenia krtani, które męczyło mnie drugi dzień (dziś stan podobny jak wczoraj, poprawy nie było, ale też i się nie pogorszyło) i z którego powodu dziś ruszyłem na trasę dużo później niż normalnie. Do tego warunki w Durmitorze słabiutkie, zimno, dużo silnego wiatru, opady. Ale ta pogoda wielu zawodnikom w tym rejonie dała popalić, wielu ludzi tutaj sporo straciło, tak więc pomimo takich strat moja przewaga nad Ryśkiem utrzymała się na podobnym, bezpiecznym poziomie, a byłem juz w pierwszej dwudziestce wyścigu.

X dzień - Tara - Mojkovac - Przełecz Kula (1800m) - [KOS] - Pec - Shtime - Ferizaj - [MK] - Blatse



DST 291,9 km - AVS 21,7 km/h - MAX 73,3 km/h - ALT 3202 m


Dziś ruszam już normalnie, wstając w nocy. Pogoda dalej do niczego, mokre drogi, zimno i co rusz popaduje. W ten sposób wyglądało pierwsze 50km do Mojkovaca. Za dnia i w dobrej pogodzie jest to widowiskowa droga kanionem Tary, ale nocą i w takiej pogodzie nic z tej widowiskowości nie skorzystałem, natomiast parę solidnych podjazdów dało mi w kość. W Mojkovacu powoli świta, ale bardzo mizerny to świt, bo dalej jest ciemno i ponuro. Ale przestało padać, więc nie narzekam. Za Mojkovacem krótka ścianka na 1000m, po przełęczy w nagrodę dostaję ulgowe 30km do Berane, które szybko i sprawnie zleciały. Kawałek za Berane, po 100km staję na śniadanie przy drodze i łapię dobrą motywację, bo krtań jakby zaczynała odpuszczać. Przed Rożaje większy podjazd na przełęcz Lokve (1300m) z długim tunelem na szczycie. Na zjeździe do Rożaje znowu psuje się pogoda i zaczyna mocno lać. I cały długi podjazd na graniczną przełęcz Kula pokonuję w solidnym deszczu, na górze koło 9-10'C. Padać przestaje dopiero przed szczytem, za to po przejechaniu czarnogórskiego przejścia granicznego na przełęczy (kosowskie jest sporo niżej koło 1300m) - łapie mnie potężna mgła, drugi raz w życiu podobne warunki trafiłem. Przez długi odcinek widać ledwo na 20-30m, co powoduje, że na zjeździe trzeba jechać bardzo ostrożnie, bo samochody z naprzeciwka wyłaniają się z mgły tuż przed nosem. Przejaśniać się zaczyna dopiero na poziomie ok. 1000m, gdy zjeżdżam trochę niżej i chmury zostawiam nad sobą, odsłania się szeroki widok na równinę Kosowa.
Przełęcz Kula - była to ostatnia wielka przełęcz TCR, pozostały dystans na metę był już wyraźnie łatwiejszy, choć dystans dalej wielki, bo zostało jeszcze koło 900km. Gdy melduję się na dole, na przedmieściach Pecu, na poziomie ok. 600m - pierwsze co notuję to zupełna zmiana pogody. O ile w Czarnogórze było ledwie 9-11'C, to po przejechaniu na drugą stronę gór jest aż koło 20'C, tak więc rychło rozbieram się na krótko. A przede wszystkim jest wyraźnie lepiej z krtanią, dolegliwości zauważalnie mniejsze niż przez ostatnie dwa dni. Jazda przez Kosowo bez większej historii, bez wątpienia najbrzydszy kraj na trasie TCR, kupa śmieci, wielki ruch na wiekszości dróg, a kierowcy fatalni. Najgorszy był pierwszy kawałek, gdy jechałem drogą z Pecu na Pristinę, tam ruch był potężny dopiero po ok. 30km droga przeszła w regularną autostradę, ale bez oznaczeń autostrady, więc można było nią legalnie jechać rowerem. W rejonie Komoranu zjeżdżam z ulgą z drogi na Pristinę odbijąc na południe, tutaj ruch już do zaakceptowania, za to trzeba było się przebijać przez dwa większe miasta, w których były spore korki i ruch na zasadach orientalnych - kto pierwszy ten lepszy. Końcówka za Kacanikiem to wreszcie ciekawsze tereny (bo Kosowo generalnie to równiny) - delikatne zjazdy małymi kanionami w stronę macedońskiej granicy.
Do Macedonii wjeżdżam krótko po zmroku i zaraz za granicą szukam noclegu, tak by nie wpakować się w aglomerację Skopje. Niestety miejscówkę trafiłem słabiutko, bo przebijając się przez krzaki załapałem wielkie ilości małych rzepów, które doszczętnie oblepiły mi ubranie, wiele z nich wróciło ze mną do Warszawy ;)

DALEJ >>>