TRANSCONTINENTAL RACE 2016




Wstęp

O Transcontinental Race pierwszy raz usłyszałem dwa lata temu, w 2015 już dość dokładnie śledziłem przebieg wyścigu i mocno zainteresowałem się tą imprezą. A gdy ogłoszono punkty kontrolne kolejnej edycji, punkty zapowiadające bardzo widowiskową trasę - w 2016 postanowiłem samemu wystartować. Tym co mnie zachęciło do startu była przede wszystkim trasa, pomyślana z wielkim rozmachem, z Belgii aż do Turcji, przez pół Europy. TCR ma bowiem bardzo specyficzne reguły - wyścig jest całkowicie samowystarczalny, wszelka pomoc z zewnątrz jest zabroniona, a trasę wyścigu...każdy planuje sobie sam. Obowiązkowe jest jedynie zaliczenie 4 punktów kontrolnych (z obowiązkowymi dla wszystkich krótkimi odcinkami do przejechania) oraz mety. Wszystkie punkty edycji 2016 były wysokimi podjazdami, takie a nie inne ich ustalenie spowodowało, że edycja 2016 była wybitnie górska.
Większość sezonu 2016, wszystkie pomniejsze starty były pomyślane jako przygotowania do TCR, ważne były też przygotowania logistyczne, tutaj pomogło doświadczenie zarówno z MRDP jak i z wielu wypraw rowerowych. Już sam dojazd i powrót z wyścigu jest skomplikowaną operacją. Na wyścig lecimy samolotem z Warszawy do Charleroi wraz z Ricardo, który również startuje w tym roku w TCR. Na miejscu odbiera nas Daniel (4gotten), który jak się świetnie ułozyło obecnie pracuje i mieszka w Belgii i to niedaleko od miejsca startu. Bardzo nam pomógł w zorganizowaniu startu, przywiózł nas samochodem z lotniska, zawiózł na start, noc przed wyścigiem wygodnie przespaliśmy w domu Daniela; jeszcze raz wielkie dzięki za pomoc! W nocy jako tako pospałem, jakieś 5-6h, co jak na mnie jest całkiem przyzwoitym wynikiem ;). Tyle, że TCR zaczyna się bardzo nietypowo - start jest dopiero o 22, najprawdopodobniej ze względu na wspólny start ponad 200 rowerzystów, żeby dniem taka ich liczba nie przeszkadzała w ruchu drogowym. Na starcie załatwiamy formalności, odbieramy bardzo skromniutkie pakiety startowe i czekamy na odprawę. Spotykamy też pozostałych startujących Polaków - Stasia Piórkowskiego i Pawła Sekulskiego (obaj jadą z sakwami i duzym bagażem) oraz jadących w kategorii par Zuzannę Madaj i Michała Waszaka; nastroje sa bojowe ;))
Po odprawie idziemy we czwórkę z rowerami na rynek w Geraardsbergen. Rysiek nas szybko opuścił, ale z Pawłem i Stasiem posiedzieliśmy sobie parę godzin na pięknym rynku zajmując bardzo dobrą miejscówkę i miło spędzając czas pozostały do startu, rozmawiając trochę z kibicami i rodzinami innych startujących, którzy życzyli nam powodzenia. Zrobiłem też sobie spacer na słynny Kapelmuur, który niedługo będziemy podjeżdżać rowerami.


I dzień - [B] - Geraardsbergen - Mons - [F] - Chalons-en-Champagne - Troyes - Auxerre - Crux-la-Ville



DST 476,6 km - AVS 23,7 km/h - MAX 59,8 km/h - ALT 3769 m


Zbliża się wreszcie 22, start ma uroczystą oprawę - jest przemówienie burmistrza, są urzędnicy poprzebierani w piękne stroje miejskie sprzed kilkuset lat i wreszcie szpaler ludzi z pochodniami, co po zmroku robi spore wrażenie. Startujemy wszyscy razem, ponad 200 rowerzystów, na początek robimy spokojnym tempem rundkę po mieście, a następnie wszyscy wjeżdżają słynny Kapelmuur z brukiem i 20% nachyleniem. Na szczycie podjazdu pod kaplicą jest start ostry wyścigu, odtąd każdy radzi sobie już sam.
Sprawnie odnajduję wyjazd z miasta i rozpoczynam nocną jazdę, zgodnie z planem chciałem jechać całą noc i kolejny dzień. Belgia tak jak nas ostrzegał Daniel zaskakuje słabiutkimi drogami, większość asfaltowych dróg w tym rejonie przez który jedziemy jest w sporo gorszym stanie niz polskie szosy. Droga do granicy troszkę pokręcona, kilka małych dróżek. W Mons trzeba było omijać obwodnicę z zakazem dla rowerów, ale niestety wiązało się to z bardzo słabym przejazdem przez centrum, z dużą ilością bruku i wąskich uliczek. Za Mons większy podjazd - i wjeżdżam do Francji, jakość dróg natychmiast się podnosi. Jedzie się tak sobie - z jednej strony nie mam problemów z sennością, z drugiej jedzie się nie za szybko, cały czas są małe góreczki, wiatr też jest przeciwny. Pierwszy francuski odcinek to jazda główną drogą na Reims, o tej godzinie zupełnie puściutką, po ok. 180km od startu, gdy już zaczyna świtać zjeżdżam w bok by ominąć samo, dość duże Reims, co chyba było błędem bo o tej godzinie troszkę szybciej byłoby przez miasto - no ale jakby naprawdę było tego się nigdy nie wie. Zaczynają się też kłopoty z wygodą jazdy, zdecydowanie za wcześnie zaczynają się problemy z siedzeniem, co powoduje, że coraz częstsze robią się postoje by przestawić pozycję w rowerze, niestety za wiele to nie pomogło. Przed Challons-en-Champagne wjeżdżam na główną drogę z już sporym ruchem i tak jest właściwie do Auxerre. Tereny lekko rozczarowują, po Francji spodziewałem się lepszych krajobrazów, a tymczasem Szampania i później Burgundia przez które dziś jadę są dość nudne, typowo rolnicze, może na bocznych drogach byłoby ciekawiej - ale niestety na TCR wybiera się drogi pod kątem szybkości jazdy, nie ich urokliwości, dlatego właśnie tłukę się w tym rejonie głównymi szosami z dużym ruchem. W Troyes po ponad 300km jestem już solidnie zmęczony i zatrzymuję się na obiad w McDonaldsie, od razu spotykając tam kilku uczestników TCR, bo Mac to najpopularniejsza restauracja wśród jadących ten wyścig ;)).
Za Troyes jedzie się coraz trudniej, zrobił się upał 32-33'C, do tego nasilił się przeciwny wiatr, który powoduje, że moje tempo jest niższe od zakładanych około 25km/h. Na to spory wpływ mają też coraz większe problemy z siedzeniem, które przy gorącej pogodzie tradycyjnie rosną; jednym słowem nie do końca tak to miało wyglądać ;)). Za Auxerre większa górka na ponad 300m, często spotykam tu innych uczestników TCR, bo ten wariant trasy wybrało dużo kolarzy. Za Clamecy wreszcie wjeżdżam na boczne drogi, powoli zaczyna już zmierzchać, zastanawiałem się czy jeszcze pociągnąć trochę nocą, ale w sumie to bez różnicy czy położę się spać teraz czy później, skoro spać będę tyle samo. A że trafiło się dobre miejsce - postanowiłem skorzystać. Bilans pierwszego dnia to 475km, a miałem nadzieję, że uda się zrobić z 550km. Ale jazda była niełatwa, teren zaskoczył dużą ilością górek, niemal 4000m w pionie, naprawdę płaskich odcinków tu prawie nie było, do tego właściwie całość pod wiatr, co miało spory wpływ na tempo jazdy.

II dzień - Crux-la-Ville - Moulins - Riom - Clermont-Ferrand - Col de Ceyssat (1078m) - Vichy - Charolles



DST 352,5 km - AVS 22,3 km/h - MAX 64 km/h - ALT 3155 m


Startuję koło 2-3 w nocy, tak więc pierwsze parę godzin jadę po ciemku (we Francji w sierpniu świta dopiero koło 6, za to ciemno robi się przed 22) w pamięć zapada fajnie oświetlone Deize, w którym przekraczam Loarę. Teren podobny jak wczoraj, sporo łagodnych wzgórz, właściwie bez płaskich odcinków. W Moulins zaczyna świtać, a wraz z dniem wiatr wyraźnie wzbiera na sile i już zdecydowanie przeszkadza, co sprawia że jedzie się słabiutko. Przed Clermont-Ferrand ruch na drogach wyraźnie rośnie, w mieście był umiejscowiony pierwszy z 4 obowiązkowych punktów kontrolnych. Tutaj przeżywam swoje pierwsze rozczarowanie organizacją wyścigu, czytając o wcześniejszej edycji gdzie można było liczyć na jakieś jedzenie - miałem nadzieję że i tu coś będzie. Ale nie ma nic, punkt jest w malutkim, ciasnym lobby hotelu, rowery stoją normalnie na zewnątrz przy ruchliwej ulicy, narażone na kradzież, można za to popatrzeć jak sobie jedzą organizatorzy ;). Słabe to przy wpisowym 200 funtów - ale takie są realia TCR, zupełnie inny poziom organizacji niż ten z którym spotykałem się na polskich wyścigach.
Chwilkę więc odzipnąłem na punkcie jedząc swój prowiant - po czym ruszam na pierwszy obowiązkowy parcour, czyli podjazd na Col de Ceyssat (1078m). W zamyśle miał to być podjazd na słynny wulkan Puy de Dome panujący nad całą okolicą, ale organizatorom nie udało się załatwić pozwolenia na przejazd drogą z zakazem dla rowerów, tak więc z podjazdu została jedynie jego łatwiejsza i mniej atrakcyjna część. Ale jest to pierwsza duża góra TCR, dobre 750m w pionie, tak więc trochę wylanego potu to kosztowało. Końcówka podjazdu widokowa, po wjechaniu na płaskowyż widać stożek Puy de Dome jak na dłoni (szczyt kryje się mgle). Pogoda zaczyna się psuć, nawet lekko popaduje, na szczęście nic poważniejszego z tego się nie rozkręciło. Na przełęczy tylko szybka fotka i ruszam z powrotem, pierwszą część tą samą drogą, mijając kilku podjeżdżających zawodników. Na końcu zjazdu pod Riom trafiam na Maca, a że pora była ku temu najwyższa - decyduję się na postój obiadowy. Posilony, ze sporo lepszym humorem ruszam na trasę - teraz wiatr powinien bardziej pomagać, do tego sprawdzając relację z wyścigu na telefonie zorientowałem się, że Rysiek jest sporo za mną, jeszcze przed Riom - więc okazało się, że jednak jadę całkiem przyzwoicie. W rejonie Vichy odbijam solidniej na wschód i tutaj wiatr zaczął już pomagać, choć za wiele czasu to nie potrwało, koło 18 już wyraźnie osłabł. Tereny robią się coraz ciekawsze, jadę głównie przyjemnymi bocznymi drogami. Ale góreczki skutecznie wysysające siły są właściwie cały czas. Dziś pociągnąłem trochę więcej nocą, tak by dociągnąć do 350km, nocuję na polu kawałek za Charolles.

III dzień - Charolles - Lons-le-Saunier - Champagnole - [SUI] - Yverdon-les-Bains - Fryburg - Schwarzenburg



DST 290,5 km - AVS 21,1 km/h - MAX 64,5 km/h - ALT 3245 m


W nocy była ogromna rosa, przekonuję się, że rzekomo wodoodporny worek biwakowy Cumulusa jest cały mokry, zarówno od zewnątrz jak i wewnątrz, śpiwór podmoczony - tak się kończą idiotyczne oszczędności rzędu 500g. Jest też zimno, ledwie 9'C. Pierwszy odcinek trasy to dużo wilgoci w powietrzu, świt już blisko, jeszcze po ciemku zaliczam większy zjazd, koło 200m w pionie. Dopiero po przekroczeniu szerokiej Saony wreszcie trochę się wypłaszcza, dobre z 50km do Laon jest płaskie. Tam robię większe zakupy w sklepie oraz postój na jedzenie. Szybko robi się gorąco, już po 10 temperaratura dochodzi do 30 stopni. Jedzie mi się słabo, mocno boli siedzenie, coraz bardziej utrudniając jazdę, a pod górę i w upale te dolegliwości jeszcze się nasilają, mnóstwo czasu tracę na próby znalezienia ustawienia, które zredukuje dolegliwości. Za Laon robią się już większe górki, najpierw podjazd na poziom 500m, później za Champagnole ostra ścianka wyprowadzająca na ponad 800m. Zaczyna się jazda pagórkowatym płaskowyżem, widoczki coraz ciekawsze. Po 185km pod granicą kolejny odpoczynek - i wjeżdżam do Szwajcarii obchodzącej dziś swoje święto narodowe, niestety tak wypadło, bo onacza to problemy ze sklepami.
Granica jest kawałek za przełęczą na 1000m, stąd nad jezioro Neuchatel już właściwie tylko w dół; o ile na górze temparatura była całkiem znośna, to na dole słońce już praży ostro. W Yverdon trafia się czynny Mac, co od razu wykorzystuję, bo dziś nie tak prosto znaleźć coś konkretnego do jedzenia. Ceny niestety typowo szwajcarskie, obiad taki, żeby się solidnie najeść to koszt 100zł; ale odpowiednia ilość "paliwa" jest niezbędna by pokonywać setki kilometrów dziennie. Po jedzeniu od razu lepiej, płaski kawałek nad jeziorem Neuchatel, po czym rozpoczynają się podjazdy w kierunku zachodnim. Jadę tu kawałek ze Stefanem z Niemec, który ma bardzo specyficzną metodę jazdy pod górę, Trafiła się tu ostra ściana 15%, on jechał ją z zapasem kilku zębatek na kasecie, na stojaka, z kadencją na oko koło 40 ;)). Co kto lubi, ale ja jednak wolę wykorzystywać kasetę do końca. Odcinek do Fryburga mocno pagórkowaty, zaplanowałem trasę tędy, a nie przez Neuchatel i Berno jak większość zawodników żeby ominąć mocno zurbanizowane tereny. Podjazdów miało być ok. 200m więcej niż na tamtej drodze, ale chyba to nie był najlepszy wybór, bo górek było dużo, na koniec męczącego dnia mocno dawały w kość, bo było sporo ostrych ścianek. Zakołowałem też trochę w samym Fryburgu, gdzie wjazd na wielki most przechodzący nad głębokim kanionem w środku miasta był bardzo skomplikowany. Zaliczam jeszcze kilka ścianek za Fryburgiem i po zmierzchu nocuję za Schwarzenburgiem. Szwajcarzy świętują odpalając setki fajerwerków, obawiałem się czy hałasy z tym związane nie przeszkodzą mi spać - ale zmęczenie i niedospanie robi swoje, odpłynąłem bez problemów ;)).

IV dzień - Schwarzenburg - Grindelwald - Grosse Scheidegg (1962m) - Grimsel Pass (2165m) - Furka Pass (2436m) - Andermatt - Oberalppass (2044m) - Rothenbrunnen



DST 251 km - AVS 17,8 km/h - MAX 63,5 km/h - ALT 5041 m


Kolejna noc ze sporą rosą (spałem blisko rzeki), coraz ciężej zwlec się po za krótkim śnie i wsiąść na rower. Początek mocno pagórkowaty, liczne góreczki na bocznych drogach, aż wreszcie zjeżdżam nad jezioro Thuner. Tutaj zaczyna się beznadziejny kawałek, na głównej drodze był zakaz, trzeba było jechać bocznymi, a następnie rowerówką. W nocy ciężko było się zorientować w jej dokładnym przebiegu, parę razy musiałem zawracać, no i sama jazda ową rowerówką też pozostawiała do życzenia, do tego na sporym kawałku prowadziła tuż przy prawym pasie jezdni, więc byłem notorycznie oślepiany przez samochody jadące z naprzeciwka. Tak więc koniec jeziora i Interlaken przyjmuję z wielką ulgą, tutaj odbijam w bok na Grindelwald. Zaczyna świtać, pojawiają się lodowce panujące nad Grindelwadem, ze słynnym Eigerem na czele. Ale do samego Grindelwaldu na CP2 trzeba było sie jeszcze trochę najechać, bo miasto jest położone na 1000m. Podjazd umiarkowany, ale pogoda słaba, wraz ze świtem zaczęło nieprzyjemnie i dość mocno wiać, co w zestawieniu z temperaturą 10'C spowodowało, że zrobiło się zimno. W tych warunkach już trochę zmarznięty docieram na punkt kontrolny, gdzie przeżywam duże rozczarowanie. Chciałem tu chwilę odzipnąć i ogrzać się oraz zjeść przed czekającym mnie zaraz najcięższym podjazdem TCR - na co dowiaduję się od chłopaka obsługującego punkt, że nie wolno mi tu zjeść swojego jedzenia, jedynie mogę zamówić śniadanie w hotelu. A jako że nie miałem ochoty wydawać przynajmniej 100zł na śniadanie - musiałem jeść na zewnątrz marznąc na tym nieprzyjemnym wietrze. A jeszcze bardziej wkurzyło mnie zachowanie chłopaczka z obsługi - gówniarz koło 20 lat rozwalony jak basza na wygodnym fotelu każe wyjść na zewnątrz zmordowanemu i zmarzniętemu kolarzowi, który słone wpisowe za udział w wyścigu zapłacił. Zjadłem więc na zewnątrz i na wkurzeniu całą tą sytuacją zrobiłem najcięższy podjazd TCR bez nawet sekundowego postoju, prawie 900m w pionie, średnio 9,1%, z długimi odcinkami powyżej 10%. Podjazd klimatyczny, wąziutką boczną drogą, z symbolicznym ruchem samochodowym. Ale daje w kość niewąsko, tutaj wyraźnie czuję brak miękkich przełożeń. Ale wyjścia nie było, musiałem jechac bardziej siłowo, obciążając kolana. Na szczycie chwilka na odzipnięcie, widok z góry na dolinę otaczającą Grindelwald, na ośnieżone szczyty z Eigerem na czelem - obłędny. Piękne miejsce, szkoda, ze nie było czasu by się dłużej takimi widokami podelektować.
Zjazd z Grosse Scheidegg niestety do niczego, droga z tej strony słabej jakości, do tego bardzo kręta, a dużych nachyleń nie brakuje, miejsc gdzie można się było rozpędzić bardzo niewiele. W Innertkirchen wjeżdżam na główniejszą drogę na Grimsel, tu już asfalt jest dobry, ale i ruch sporo większy. No i perspektywa pokonania aż 1500m w pionie na przełęcz lekko dobijająca. Podjazd ciągnął się długo, po drodze spotykałem kilku zawodników; jechało mi się niespecjalnie, parę osób mnie wyprzedziło, ale byli i tacy co jeszcze bardziej zamulali, w tym jeden fachowiec, który jak Ricardo na takie góry postanowił założyć napęd 1x11 ;)). Oryginałów na TCR nie brakuje, było dwóch gości jadących w kategorii par, jeden z nich jechał z bardzo głośno włączoną muzyką, z początku myślałem że to jakiś motor jedzie. Podjazd na Grimsel bardzo widokowy, jedzie się przez wiele ciekawych formacji skalnych, u góry są jeziora zaporowe utworzone przez budowę wielkich tam. Podjazd umiarkowanej trudności, sporo łatwiejszy od Grosse Scheidegg, ale za to bardzo długi, ciągnął się w niekończoność. Wreszcie już solidnie zmęczony docieram na szczyt, spotykając kilku zawodników. Zakładam kurtkę i ruszam na krótki zjazd do Gletsch. Widoki na zjeździe fenomenalne, widać całą wielką dolinę z której wypływa Rodan - sam lodowiec, oraz wykutą w zboczu długą ścianę serpentyn prowadzących na Furkę, którą zaraz będę się wspinać na przełęcz. Zjazd tylko na 1770m, tu przekraczam turkusowy Rodan i od razu zaczyna się podjazd na Furkę. Podjazd już ostrzejszy niż Grimsel, wchodzi powoli, bo zmęczenie tą wielką kumulacją podjazdów duże. Ale jechałem sprawnie i wkrótce melduję się na najwyższej przełęczy tegoroczonego TCR - aż 2436m. Przebieram się - i ruszam w dół do Andermatt. Zjazd nieprzyjemny, sporo wiało, mocno wychładzając i zarzucając rowerem, a trzeba było uważać, bo droga sporymi fragmentami prowadzi nad przepaścią bez żadnych barierek ;)). W Andermatt robię większe zakupy w markecie, po których wcinam w całości wielkie ciasto, bo już kalorii zaczynało brakować. W międzyczasie z sms-ów od znajomych dowiaduję się, że Rysiek jest niedaleko za mną - co od razu dodało mi motywacji do jazdy ;)). Oberalp pokonuję solidnym tempem, podjazd najłatwiejszy z dzisiejszych, a po postoju trochę odzipnąłem. Przełęcz nietypowa, bo na wysokość aż 2044m razem z drogą dla samochodów docierają tu również pociągi, to jedna z najwyżej położonych linii kolejowych w Europie, taki znak frmowy Szwajcarii.
Za Oberalpem wreszcie długi odcinek w dół, jedynie pierwsza część zjazdu szybka, później aż do Ilanz (ponad 50km) łagodnie w dół, dobrze bo moje kolana miały już dość podjazdów. W samym Ilanz chciałem pójść na pizzę, ale obsługa była tak ślamazarna, że po paru minutach postanowiłem jechać dalej. Za Ilanz zjeżdżam z głównej drogi, zaczyna się seria mniejszych podjazdów na ponad 900m, tutaj już mocno czuję kolana, którym cały dzień jazdy z za niską kadencją dał się we znaki. Pod koniec górek przestawiam bloki, co daje wyraźną ulgę i powoduje, że z większym optymizmem patrzę na jutrzejszy dzień, gdzie gór będzie równie wiele. Zjeżdżam do doliny górnego Renu - i po paru kilometrach nocuję na fajnej półce skalnej tuż przy drodze, ale za to dobre 30m wyżej ;)). Dzień morderczy, ponad 5000m w pionie; dostałem tu zdrowo w kość, ale inni dostali jeszcze bardziej, w górach zacząłem się zauważalnie przesuwać w klasyfikacji do przodu.

V dzień - Rothenbrunnen - Albula Pass (2315m) - Zernez - Ofenpass (2149m) - [I] - Merano - Bolzano - Passo di Costalunga (1753m) - Canazei



DST 281,1 km - AVS 19 km/h - MAX 65,9 km/h - ALT 5004 m


Spałem nieźle, tyle że krótko ;). Nocka przyjemna do jazdy, jakieś 13-14'C - ale rozgrzewam się szybko, bo już po 7km przejeżdżam Górny Ren i zaczynają się podjazdy. Pierwsza seria podjazdów wprowadza na ponad 900m, po czym zjeżdżam do Tiefencastel, skąd zaczyna sie właściwy podjazd na Albulę. Pierwsza część łagodna, ostra ściana zaczyna sie kawałek przed Bergun, są odcinki powyżej 10%, dopiero za tunelem się wypłaszcza, bo miasto leży w małej kotlince. Tutaj też powoli zaczyna dnieć. W mieście krótki postój i przebieranie się, po czym ruszam w górę. Od Bergun sporo lasów, podjazd robi się coraz ciekawszy, coraz więcej ekstra widoków, szczególne wrażenie robi maestria z jaką puszczono tutaj linię kolejową, której wiadukty co chwilę mijam, a przed La Punt miałem okazję spotkać nawet i pociąg. W La Punt kolejne wypłaszczenie, tutaj kolej wjeżdża w ponad 10km tunel pod przełęczą, natomiast droga wspina się na przełęcz. Koło świtu zrobiło się zimno, temperatura ledwie 9'C, ale pod górę wiele to nie przeszkadzało. Końcówka Albuli majestatyczna - wielkie góry obok drogi trawersującej po prawej stronie szeroką dolinę, jednym słowem bardzo urokliwa przełęcz, a o tej godzinie, tuż po świcie, mocno oświetlona wschodzącym słońcem wygląda to wszystko kapitalnie. Takie chwile zostają w pamięci na bardzo długo, wtedy czlowiek przestaje się zastanawiać po co sie tu tak katuje. Na przełęczy przebieram się w cieplejsze ubranie - i ruszam w dół, Pierwszy odcinek to lekko nachylony płaskowyż, surowy wysokogórski krajobraz, jadę tu pod ostro świecące słońce. Dopiero kawałek dalej jest szybki zjazd do La Punt i błyskawicznie melduję się w dolinie Innu na 1700m.
Teraz jadę w dół rzeki aż do Zernez, temperatura dalej rześka ;). W samym Zernez robię większe zakupy i postój śniadaniowy, pozbywając się ostatnich franków, między innymi dostałem tu świetną suszoną szynkę w plasterkach, która wybitnie mi smakowała, później żałowałem że nie kupiłem jej więcej. W czasie śniadania w Zernez przyjeżdża Anglik (nie pamiętam imienia, był z Leicester) i w czasie rozmowy dowiaduję się od niego, że Albula dała mu mocno popalić, tak zmarzł, że w La Punt musiał godzinę dochodzić do siebie, wtedy go minąłem. Tutaj widać inną filozofię jazdy - Anglik jechał jak większość ludzi z czuba z naprawdę minimalnym bagażem 3-4kg, dzięki temu jechał szybciej; ale jak warunki robiły się trudniejsze - wtedy płacił za brak ciepłych ciuchów dłuższymi postojami. Z Zernez ruszam na ostatni szwajcarski dwutysięcznik - Ofenpass (2149m), pokonywany na raty, bo po drodze jest aż 150m zjazd do tunelu prowadzącego do Livigno i później trzeba tę wysokość ponownie zaliczać. Ale generalnie podjazd w miarę łatwy, wymagający sporo mniej wysiłku niż ogromna Albula. Na szczycie góry kończą się na ponad 120km - zjeżdżam bardzo długą doliną Adygi. Ale to nie znaczy, że ten odcinek był ulgowy, szybki zjazd był do Glorenzy, dalej zaczęła się upierdliwa jazda doliną do Merano. Jechałem ten odcinek już parę razy - i zawsze solidnie wiało tu w górę doliny, nie inaczej jest i dziś - wiatr zdecydowanie przeszkadza, do tego temperatura już powyżej 30'C. Jazda wysysała sporo sił, ale dziś miałem mocną motywację do jazdy i praktycznie aż do Bolzano jechałem bez postojów. Na dole na wysokości 200-300m już piekarnik, temperatura 36-38'C, miałem stanąć gdzieś na obiad w Bolzano, ale akurat nic przy drodze nie natrafiłem, więc pociągnąłem za miasto. Parę kilometrów za Bolzano zaczął się ostry podjazd w Dolomity i tam zorientowałem się że nie mam już wody, a miejscowości żadnych nie było. Zrobiłem więc postój w zacienionym miejscu drogi, przy którym spływał górski potok, do którego niełatwo było zejść, żeby wody nabrać.
Dalsza część podjazdu męcząca, palące słońce mocno dawało popalić, staję jeszcze wraz z innym zawodnikiem pod sklepem w Tires kupując aż 3l picia - wodę i zimny napój grefrutowy, który w tamtym momencie smakował jak olimpijski nektar ;)). Podjeżdżałem na Costalungę - ale bocznymi drogami, nie główną szosą, na której były zakazane dla zawodników TCR tunele. I jak to bywa na bocznych drogach - trafił się bardzo ostry fragment, 12-14% na jakiś 2km który bardzo dał mi w kość, bo już koło 250km miałem w nogach. Dopiero koło 1700m zaczyna sie wypłaszczać, temperatura też wyraźnie spadła i zrobiło sie przyjemniej. Z Costalungi zjeżdżam do Vigo di Fassa i jadę w górę do Caprile, większość osób wybrała jazdę na CP3 przez "optycznie" krótszy Pellegrino, ja wybrałem wariant przez Fedaię, oszczędzając sobie ok. 200m podjazdu. Kawałek przed Caprile staję na pizzę, we Włoszech jest o wiele taniej niż w Szwajcarii, gdzie ceny są piekielnie wysokie. Miałem w planach przejechanie jeszcze dziś przez Fedaię, ale w trakcie podjazdu dochodzę do wniosku, że lepiej będzie najpierw odpocząć, a podjazd robić już z trochę świeższymi nogami. Nocuję kawałek za Caprile, na wysokości aż 1550m, trochę się bałem czy nie zmarznę w nocy, ale było w miarę ciepło.

DALEJ >>>