RACE THROUGH POLAND 2019




Wstęp

Race Through Poland miał swoją premierę rok temu, w 2018. Wówczas była to edycja mozna powiedzieć pilotażowa - startowało niewiele ponad 10 osób, trasa była dość łatwa, jedynie delikatnie zahaczająca o góry, imprezę wówczas śledziłem, ale nie myślałem o starcie. Natomiast rok 2019 przyniósł znaczące zmiany w organizacji, trasa została pomyślana z dużo większym rozmachem, miała charakter zdecydowanie górski, zaliczała wiele ciekawych podjazdów. Zmieniono także nieco reguły samodzielnego planowania trasy pomiędzy punktami kontrolnymi zakazując używania dróg krajowych - co było strzałem w dziesiątkę, bo dzięki temu ilość wariantów jakich ludzie używali była bardzo duża. W przypadku możliwości jazdy po krajówkach - byłoby z tym dużo gorzej, bo chcąc mieć krótszą i mniej górzystą trasę bylibyśmy zmuszeni do jazdy po nich długimi kilometrami. Te sprawy spowodowały, że zdecydowałem się wystartować w edycji 2019, a podobnie jak do mnie te nowe rozwiązania i bardzo ambitnie pomyślana trasa wyścigu przemówiły do wielu innych miłośników wyścigów ultra - i w efekcie na starcie było koło 70 osób, a więc już wyścig pełną gębą.
Do Wrocławia dojeżdżam w piątek, tradycyjnie mam ogromne problemy z wyspaniem się przed ważnym startem, noc z czwartku na piątek zarwana; to spowodowało, że w piątek wieczór sięgnąłem po desperacką metodę, czyli wypiłem 200ml wódki, licząc, że po tym szybko odpłynę ;)). Niestety kiepska to była koncepcja, osiągnąłem tyle, że prawie oka nie zmrużyłem, bo zbierało mi sie na wymioty. Zrozumiałem, że z alkoholem jest ten problem, że by usnąć twardo to trzeba by wypić z pół litra, ale wtedy to w sobotę byłbym w stanie sporo gorszym niż po nieprzespanej nocy ;)). Mówi się trudno, jak się nie ma co się lubi - to się lubi co się ma, nie pierwszy raz stając na starcie maratonu będę ze snem bardzo mocno w plecy. Start jest dopiero o godzinie 16, więc sobota upływa spokojnie na przygotowaniach do wyścigu, rejestracja odbywa się w siedzibie wrocławskich kurierów, tutaj jest również sprawdzanie sprzętu (dobrym pomysłem jest wymóg posiadania dwóch kompletów oświetlenia przedniego i tylnego, bo te elementy lubią zrobić wysiadkę). Potem razem z późniejszym zwycięzcą imprezy Pawełem Pieczką, Robertem Górnikiem i Mateuszem Bireckim idziemy na solidny obiad. Następnie odprawa przed startem, a później przejazd na północ Wrocławia na tor kolarski, skąd będzie start honorowy.


I dzień - Wrocław - Złotoryja - Stóg Izerski (PK1) - Kłodzko - [CZ] - Pradziad (1492m) (PK2) - [PL] - Głubczyce

DST 534,2 km - AVS 20,9 km/h - MAX 57,2 km/h - ALT 6689 m


Start wypadł bardzo okazale, najpierw rundka po ciekawym, jeszcze betonowym torze kolarskim (na wyjeździe z którego już ktoś złapał gumę!), a następnie przejazd dużym peletonem przez cały Wrocław na południe miasta. Przejazd zorganizowany z dużym wypasem, z obstawą policji na całej trasie, która blokowała wszystkie wjazdy samochodom, a przecież jechaliśmy przez samo centrum Wrocławia. Można się było poczuć jakby to Tour de Pologne jechał. Organizatorom należą się wielkie brawa - bo wypadło to pierwsza klasa!
Start ostry był na południowej granicy Wrocławia - stąd już każdy radził sobie sam, zaczęła się jazda na własny rachunek. Pogoda dotąd przyjemna i słoneczna, jakieś 15 stopni powoli zaczynała się psuć, było widać ciemne chmury, zaczęło też na razie delikatnie popadywać. Zaczęło się więc przebieranie, chyba ze 2 razy stawałem, też nie jedzie mi się wygodnie, więc i poprawiałem pozycję w rowerze. Początek trasy to obowiązkowy segment na przełęcz Tąpadła, po wyjeździe z Wrocławia zaczeły się fajne widoki, jechaliśmy przez szerokie żółte pola kwitnącego własnie rzepaku, a jako że za Wrocławiem jest płasko to mieliśmy szeroką perspektywę ze Ślęzą na horyzoncie. Staram się jechać w miarę równym tempem, na płaskim trzymać pod 30km/h. Jak to na początku wyścigu są liczne przetasowania, a to się kogoś dogania, a to ktoś nas dochodzi, z tym i owym się zamieni parę słów. W tym momencie wyścigu jeszcze wszyscy są pełni sił, motywacja bardzo wysoka, każdy po wyścigu oczekuje świetnej zabawy. Po niecałych 50km zaczynają się pierwsze górki, czyli przełęcze Sulistrowicka i Tąpadła, taka mekka wrocławskich szosowców, a i uczestnikom Maratonu Podróżnika dobrze znane z edycji w 2017 roku, który miał bazę właśnie w Sulistrowicach. Podjazdy pokonane solidnym tempem dają nieźle w kość; na Tąpadłach kończy się obowiązkowy dla wszystkich segment - stąd każdy jedzie już samodzielnie zaplanowaną trasą. Zgodnie z tym co przypuszczałem - większość osób wybrało wariant optycznie krótszy, czyli blisko gór; ja natomiast wybrałem wersję przez Złotoryję - optycznie na mapie może dłuższą, ale faktyczna róznica to ledwie parę km, natomiast podjazdów mniej, ale jak się niedługo okazało realną róznicę pomiędzy tymi wariantami zrobiło co innego. Odcinek do Jawora idzie bardzo przyjemnie, jest tu wiatr w pelcy, leci się nawet powyżej 30km/h; deszcz jedynie symboliczny, w okolicy dalej mnóstwo pól intensywnie pachnącego rzepaku.
Za Jaworem jazda się już trochę zaczyna psuć, po 100km pojawiają się pierwsze niegodności, zastanawiająco zaczynają boleć mięśnie nóg. Powoli zaczyna zmierzchać, nawierzchnie zaczynają się psuć, jest coraz więcej odcinków mocno chropowatego asfaltu. Za Złotoryją przybywa góreczek, tutaj już jedzie mi się bardzo słabiutko, zaczyna też mocniej padać, później z kolei przestaje. Więc kilka razy staję na przebieranie się, m.in. przekonuję się, że wodoodporne rękawiczki Dexshella zakupione tuż przed wyścigiem po 10min jazdy w deszczu są zupełnie przemoczone ;). Coraz większe problemy z mięśniami, po części wynikające z awarii ramy roweru, przez którą sztyca regularnie lekko zjeżdża mi do ramy, przy jeździe na lekko zdarzało się to rzadko, ale przy obciążeniu dużą podsiodłówką opada znacznie częściej. Mocno to wkurza - bo w wyniku obniżenia siodełka zmienia się pozycja na rowerze, co ma wpływ na mięśnie i kolana. W efekcie do Świeradowa docieram już z bolącymi mięśniami i ciężki podjazd na wyjeździe z miasteczka idzie mi mizerniutko i opornie. Deszcz nie pada, ale w powietrzu jest mnóstwo wilgoci, po wjeździe na wysokość ok.600m łapie mnie bardzo gęsta mgła, w której widoczność jest na 20-50m. Zjazd w kierunku Czerniawy jest mocno nachylony, zdecydowanie tutaj przeszarżowałem. Trochę za bardzo uwierzyłem w siłę swojej lampki, jadąc na mocnym trybie rozpędziłem się za bardzo, w okolicach jakichś 40-45km/h - i w momencie gdy wyłania mi się z mgły ostry zakręt już widzę, że nie jest dobrze... Jezdnia była mokra i śliska, więc hamuję tylko tylnym hamulcem, ale widzę, że nie ma szans bym się w ten sposób wyrobił w zakręcie, więc dociskam sporo silniejszy przedni. Od razu skręca mi przednie koło, kontrując kierownicą jakoś uratowałem się przed glebą na asfalcie, ale w zakręcie się już nie zmieściłem - i wpakowałem się do rowu. Miałem tu mnóstwo szczęścia, rów był akurat taki, że dobrze zamortyzował upadek, była w nim trawa itd. Wychodzę z tego bez żadnych strat, jakimś cudem nawet dość delikatnej kurteczki nie rozdarłem, bo gdybym ją uszkodził - to już bym tego wyścigu nie ukończył, bo kapota przeciwdeszczowa była tu kluczowym ekwipunkiem.
Ale szok oczywiście przeżyłem niezły i trzymał mnie aż do Stogu, resztę zjazdu kończę już mocno asekuracyjnie, nie przekraczając 20km/h. Tutaj spotykam Krzyśka Wolańskiego, chwilę wymieniamy wrażenia, ale wkrótce musiałem stanąć by wymienić baterię w lampce. Byłem tak przeczesany problemami z mięśniami oraz szokiem po upadku, że w ogóle nie próbowałem nawet walczyć z ekstremalnym podjazdem na Stóg i jak prawie wszyscy uczestnicy maratonu wprowadziłem w całości, uznając, że szybciej będę na górze na piechotę niż jadąc na rowerze, w tym stanie w jakim byłem wtedy była to dobra decyzja. A i podejście to nie jest żadna bułka z masłem, wpychanie obładowanego roweru na takim nachyleniu wymagało sporo wysiłku. Wsiadłem na rower dopiero na zakręcie, gdzie nachylenie spada z ekstremalnych 18-20% do normalnych 10% i na mięciutkich nóżkach dotoczyłem się do schroniska na Stogu Izerskim, gdzie mieścił się pierwszy Punkt Kontrolny. Punkt fajnie zorganizowany, była ciepła herbatka, a przede wszystkim cieplutka sala, gdzie można było wrócić do żywych, bo na wysokości ponad 1000m było już koło 0 stopni i gęsta zawiesina w powietrzu, przechodząca w mżawkę. Jak mnie poinformowano dojechałem tutaj na 17 miejscu, czasowo sporo wolniej niż oczekiwałem - ale to dotyczyło niemal wszystkich. Z rozmów z ludźmi, którzy jechali wariantem południowym, u podnóża gór dowiedziałem się, że wybierając wariant przez Złotoryję zdecydowanie wygrałem na pogodzie, ja w deszczach jechałem jedynie z pół godziny, podczas gdy oni mieli deszczu po parę godzin.
Punkt na Stogu był takim swoistym katharsis wyścigu, tutaj mnóstwo osób poległo przekonując się że jeżdżenie ultra to coś więcej niż mocne nogi, że gdy się pogoda psuje to głowa wychodzi na pierwszy plan. W cieplutkiej salce schroniska było dość wyraźnie widac, że część zawodników jest już "ugotowana" i siada psychicznie, zaczynają szczegółowo analizować prognozy, co bardzo często jest pierwszym krokiem do wycofu. Bo bardzo trudno się zmusić do wyjścia na ziąb i deszcz z perspektywą, że w takich warunkach trzeba będzie jechać wiele godzin. Ta sytuacja też dobrze pokazuje realia ultra i to jak taki wyścig potrafi "wyżymać" ludzi. Ledwie 10-12h temu na starcie wszyscy tryskali wielkim humorem, mieli silną motywację i pełnię sił, ambitne plany na wyścig; pod Tąpadła cisnęli z ogromnym animuszem. Pogoda na takich imprezach robi jednak bardzo wiele. Ja miałem na Stogu kryzys fizyczny, ale psychicznie byłem ciągle świetnie nastawiony, prognoz od startu w ogóle nie sprawdzałem, wiedziałem tyle że będzie trudno i ciężko, ale myśl o wycofie nawet przez chwilę mi przez głowę nie przeszła. Dlatego posiedziałem tyle czasu by fizycznie odzipnąć po kryzysie i po ok. godzinie ruszyłem na dalszą trasę. Gdy już się zbierałem do wyjścia dojechał Wiesiek Jańczak, który jak się okazało zaliczył glębę w tym samym miejscu co ja, tylko że on upadł na asfalt i uszkodził przednią manetkę, na szczęscie nie w stopniu uniemożliwiającym korzystanie z niej.
Zjazd ze Stogu dramatycznie słaby, lało solidnie, wąska dróżka, widoczność do niczego, to nie tyle był zjazd co zwożenie się z prędkoscią 15-20km/h. Na dole w Świeradowie już musiałem kluczem podciągać linkę w hamulcach, bo tyle klocków zeszło, że śruba baryłkowa już nie wystarczała. Podjeżdżam jeszcze na Orlen po zakupy - i ruszam. Leje równo, ale byłem na to przygotowany psychicznie, wiedziałem że może lać cały dzień, a odpowiednie nastawienie psychicznie daje na takich trasach wiele. Ze Świeradowa jest długi podjazd, w sumie na ok. 800m, na Zakręcie Śmierci już świta, ale z pięknego widoku na Karkonosze nici ;)). Z Zakrętu szybki zjazd do Kotliny Jeleniogórskiej, tu wreszcie dało się rozpędzić. Po Kotlinie jadę dobrze znaną trasą MRDP, natomiast podjazd na przełęcz Kowarską zaplanowałem Drogą Głodu, sporo fajniejsza od głównej, z ostrą ścianką 14% w końcówce. Na przełęczy warunki fatalne, leje równo, temperatura koło 0 - wprost marzenie rowerzysty... Za Kowarską kończą się na spory kawałek większe góry, aż do Kłodzka profil trasy trochę łagodniejszy. Cieszy, że wiatr jest boczno-sprzyjający i to dość solidny, bo gdyby w tych warunkach trzeba było jeszcze walczyć z wiatrem - to już byłoby dramatycznie słabo. Pod Mieroszowem przekraczam czeską granicę, trzeba tutaj było objechac krajówkę, a nie byłem do końca pewny jakości bocznej drogi, na szczęście wszystko było OK.
Pada cały czas, temperatura oscyluje w okolicach 3-5 stopni - ale jedzie mi się nadspodziewanie dobrze, też motywowało to, że w tych warunkach przesuwałem się w klasyfikacji do góry, bo wiele osób się wycofało lub regenerowało dłużej; niewątpliwie procentowało tutaj doświadczenie z wypraw rowerowych, szczególnie tych skandynawskich, gdzie nie ma przeproś i trzeba jechać w każdą pogodę. Oczywiście suchy nie byłem, ale jaki-taki komfort termiczny udawało mi się utrzymywać. Natomiast obawiałem się mocno obowiązkowego segmentu w Czechach, bo to oznaczało mnóstwo podjazdów i wjazd na mierzącego prawie 1500m Pradziada; dołowała świadomość, że jak na 300m jest 5 stopni i pada solidnie - to ile będzie na 1500m i czy nie dowali śniegiem? Na odcinku w rejonie Kłodzka i Lądka miłe i dodające energii spotkania z kibicami wyścigu, którym pomimo beznadziejnych warunków chciało się wyjechać na trasę.
Przed czeską granicą zaczynają się juz solidne górki, czyli podjazd na przełęcz Lądecką (665m), jeżdżenie po górach w stroju przeciwdeszczowym średnio przyjemne - ale co robić? Na granicy kolejne miłe spotkanie z kibicem - i zjeżdżam do Czech dość szybką trasą, na zjazdach już z komfortu termicznego trzeba solidniej wyskoczyć. Kawałek za Javornikiem orientuję się, że ślad zjeżdża z głównej drogi, prawie byłem pewien, że obowiązkowy segment (zaczął się od granicy) prowadził tu główną drogą. Przypuszczałem, że planując trasę miałem ustawione planowanie na rower i program mi puścił trasę jakimś objazdem. Ale niestety akurat nie działał mi roaming i nie mogłem tego sprawdzić - więc wybrałem jazdę objazdem, bo ten był dłuższy. Starciłem na tym interesie z dobre 20-30min, bo objazd był jakimiś dziwnymi bocznymi drogami, a w końcu musiałem podchodzić polem górę dzielącą mnie od szosy; a gdy udało mi się wreszcie odpalić roaming przekonałem się że moje przypuszczenie było trafne i segment prowadził główną drogą; niestety przez głupi błąd i gapiostwo na etapie planowania trasy straciłem ze 20-30min. Za Żulovą zaczynają się już solidne góry, dojazd od tej strony na Pradziada jest bardzo wymagający, na ledwie 50km jest koło 1700m w pionie, a w nogach już miałem ponad 400km. Na pierwszy ogień idą ścianki nad Jesenikiem, tutaj zjeżdża się z głównej drogi na boczne i wytracając większość wysokości zjeżdżam do Jesenika. Stąd zaliczam długi podjazd na ponad 900m, u góry zimno, trochę mgieł, ale powoli jakby uspokajał się deszcz. Na drugiej przełączce przed Pradziadem łapie mnie samochód organizatorów z Piko - i załapuję się na trochę fotek z cyklu "jak wygląda zdechnięty rowerzysta". Z przełączki zjazd w kierunku Karlovej Studanki - i zaczyna się najwyższa góra wyścigu, czyli sam Pradziad, jakieś 700m w pionie jednym ciągiem. Nie bałem się samego podjazdu, bo może i powoli, ale równo jechałem, natomiast obawiałem się pogody u góry, zarówno temperatury (która mogła oznaczać opady śniegu) jak i wiatru, z którego ta góra tak wysoko wyrastająca nad całą okolice słynie. Dotąd od Stogu wiatr pomagał, ale tutaj trzeba było zmienić kierunek. No i tak na wysokości 1100-1200m wyglądało to bardzo słabo, wiało mocno, a jeszcze jechałem w lesie, obawiałem się co to będzie jak wyjadę ponad granicę lasu, kiedyś na przełęczy pod Śnieżką trafiliśmy z kolegą na taki wiatr, że nie dało się nawet iść z rowerami. Na szczęście nie było tak źle, podjazd na Pradziada prowadził tak, że stożek góry przez większą część osłaniał przed wiatrem, dopiero w samej końcówce wyjechałem na północny stok, ale to już nie było daleko od szczytu.
Na Pradziadzie jest "klimacik" - nie ma żywej duszy, widoczność na 20-30m, więc jedynie szybka fotka i jadę w dół na drugi punkt kontrolny, położony na ok. 1300m, można go było odwiedzić albo przed zaliczeniem góry, albo juz zjeżdżając, ja wybrałem tę drugą opcję, by najgorsze mieć od razu za sobą ;). Na punkcie dłuższy i zasłużony postój, tutaj okazało się, że z 17 miejsca na Stogu awansowałem aż na 4 pozycję na Pradziadzie, liczba wycofów była porażająca - takiego pogromu na ultra to nigdy jeszcze nie widziałem; ale i podobnych warunków pogodowych również... Poddał się nawet główny faworyt, zwycięzca PBP, dwa razy stający na podium TCR - Bjoern Lehnard. Na punkcie bardzo uczynna obsługa, załapałem się nawet na trochę obiadu, po całym dniu jazdy na zimnicy fajnie było trochę odzipnąć w cieple. Ale za długo nie było co tu siedzieć - więc po ok. 45min ruszam dalej. Zjazd po mokrych drogach bardzo asekuracyjnie, nie chciałem powtórki spod Świeradowa. Droga z Pradziada do Polski juz o wiele łatwiejsza niż w drugą stronę, choć z kolei pod mocno przeszkadzający wiatr. Ale poprawiła się troszkę pogoda, pada już tylko sporadycznie, choć dalej bardzo zimno, odliczam tylko kilometry do zjazdu na niziny, licząc, że na poziomie 200m będzie wreszcie nieco cieplej.
Po wjechaniu do Polski słaby odcinek bocznymi drogami do Prudnika, kilka odcinków z wrednymi dziurami, a już zapadła noc. W Prudniku krótki postój, m.in ogarniam nocleg, postanawiam pociągnąć jeszcze ze 30km do Głubczyc. Ten nocny odcinek całkiem przyjemny, na nizinach już zauważalnie cieplej niż w okolicach Pradziada, nie pada, a wiatr mocno w plecy. W Głubczycach załatwienie noclegu idzie bardzo sprawnie, aż mnie to zaskoczyło. Po wejściu do pokoju ogarniam cały majdan, na grzejniku lądują wszystkie mokre rzeczy, muszę też wymienić klocki hamulcowe, bo nowiutkie klocki założone przed imprezą po 1,5 dnia jazdy są już zupełnie starte.
Jak pozwoliłem sobie zażartować we wpisie na FB - dzień z gatunku tych, który oddziela chłopców od mężczyzn ;). Największy pogrom jaki widziałem na imprezie ultra, a jeżdżę tak już 10 lat. Przez te pierwsze dwa dni wycofało się blisko 2/3 zawodników, część to były osoby po prostu za słabo przygotowane na trudne warunki, z nadmiernie wylajtowanym bagażem. Zabranie np. jedynie nogawek i jednej cienkiej koszulki pod kurtkę (co widziałem na Stogu) przy prognozach jakie były - to już mało kto z tym wyrobi. Ale wycofało się też kilku naprawdę doświadczonych i dobrze przygotowanych zawodników. Warunki były bardzo trudne, na rowerze nie ma nic gorszego niż temperatury rzędu 0-5 stopni w lejącym godzinami deszczu, na taką pogodę nie ma skutecznych ciuchów, trzeba po prostu nadrabiać własną twardością. Jeżdżę takie imprezy już 10 lat, parę razy przerabiałem wielogodzinne zlewy, ale tutaj to była zupełnie inna liga.

III dzień - Głubczyce - Racibórz - Bielsko-Biała - Krowiarki (1012m) - Pieniny (PK3) - Mszana Dolna

DST 379,5 km - AVS 19,5 km/h - MAX 64,3 km/h - ALT 4690 m


Spałem ze 3h, choć cały postój zajął sporo więcej, ale po takiej łaźni trzeba było odzipnąć. Ruszam na trasę przed 6 rano - pogoda przyzwoita, zimno, ale wreszcie sucho. Odcinek do Raciborza na profilu wyglądał na zupełnie płaski, ale faktycznie to tak całkiem płasko nie było. Na wyjeździe z Raciborza robię krótki popas połączony z większymi zakupami. Za Raciborzem wykręcam bardziej na południe, na Gorzyczki i Zebrzydowice, tutaj liczba górek to mnie już zaskoczyła, niby żadne wysokości, ale średnio blisko 100m na 10km, uwidoczniło się to szczególnie gdy odbiłem na wschód na kierunek Skoczowa i Bielska. Dopiero teraz się zorientowałem, że topografia tego rejonu jest taka, że rzeki płyną w osi północ-południe, więc jazda w osi wschód-zachód oznacza przecinanie niekończących się wzgórz. Wnerwiający był szczególnie kawałek przed samym Bielskiem, fatalna i bardzo ruchliwa droga, do tego przed miastem mocno rozryta remontami. Do miasta wjeżdżam z ulgą, tutaj sprawnie się przebijam w kierunku na Żywiec, ten pozornie wypoczynkowy odcinek dzisiejszego dnia na 100km dał koło 900m w pionie, a jeszcze w góry nie wjechałem ;).
Ale nie było na co narzekać, pogoda była całkiem dobra, jechało się dość sprawnie, na dojazd w Pieniny jak większość ludzi wybrałem wariant przez Krowiarki (niektórzy ten kawałek jechali przez Słowację), więc za Żywcem zaczęły się większe podjazdy. Sytuacja w wyścigu się ustabilizowała, prowadzący Paweł Pieczka i Krystian Jakubek byli daleko z przodu, do trzeciego Anglika Davisa traciłem w okolicach 5h, nad zawodnikiem za mną miałem ze 2-3h przewagi i lekko ją zwiekszałem. Anglik natomiast jechał bardzo sprawnie i nic się do niego nie zbliżałem. Prawdziwe góry zaczynają się w Stryszawie, tutaj zaliczam ciężki podjazd na przełęcz Przysłop (661m), z długą sekcją 12-13%. Ale po remoncie na tej drodze jest idealny asfalt, więc jechało się całkiem fajnie, na zjeździe do Zawoi widac już zaśnieżony masyw Babiej Góry. W Zawoi bardzo mało brakowało do wypadku, jechałem spokojnie główną drogą, gdy już byłem na skrzyżowaniu z małą dróżką, nagle z lewej strony wyprzedza mnie i gwałtownie skręca w prawo busik, tak gwałtownie, że gdybym nie zmienił kierunku jazdy to bym się z nim zderzył. Z busika wychyla się śmiejący i bardzo zadowolony z siebie koleżka, twarz z gatunku homo neanderthalensis. Niestety i takich ludzi na drogach nie brakuje, co dla kretyńskiej zabawy prowokują groźne sytuacje, a za świetne żarty uważają zajechanie rowerzyście drogi, oplucie go, albo rzucenie w niego puszką czy butelką...
Podjazd pod Krowiarki tradycyjnie długo się ciągnie, bo przewyższenie duże, choć podjazd generalnie mało wymagający. Na przełęczy się przebieram i sprawnie się teleportuję do Jabłonki. Jako że dzisiejszego dnia mocno wiało z północy bardzo się obawiałem Podhala, gdzie na odkrytych równinach wiatr mógł sobie hulać do woli. A tu w cudowny sposób okazuje się, że własnie tutaj prawie w ogóle nie wieje. Za Czarnym Dunajcem pojawiają się ekstra widoki, widać ośnieżoną ścianę Tatr, krótkimi chwilami nawet słońce się przebija zza chmur, widokowo był to najładniejszy kawałek RTP. Przed Nowym Targiem odbijam na dobrze zrobioną ścieżką rowerową na Szaflary, tutaj zaczynają się finałowe podjazdy przed PK3, mocno skondensowane na niewielkim dystansie. Na pierwszy ogień idzie Bukowina Tatrzańska, tutaj łapie mnie zmierzch, ale jeszcze przez dobre pół godziny widać ośnieżone Tatry do których się już mocno zbliżyłem. Z Bukowiny krótka ścianka na poziom 1000m i zjazd po ostrych dziurach w Brzegach. W Jurgowie krótka chwila na regenerację i już mocno umordowany, z bagażem 250km górskiej trasy w nogach ruszam na Łapszankę. Tym razem nie odpuściłem jak na Stogu, mocno się zawziąłem i wciągnąłem na raz cały podjazd z długim odcinkiem trzymającym 17%. Na szczycie klimatycznie wyglądała kapliczka, do tego lekko zaczynał popadywać śnieg, bo temperatura koło 0 stopni już oscylowała.
Z Łapszanki na PK3 było już głównie w dół, za to uaktywnił się mocno wiatr, który sporo przeszkadzał na tym kawałku. Fajnie wyglądał rejon czorsztyńskiej tamy, stąd jeszcze jedna ścianka, przejazd wzdłuż Dunajca (szkoda, że nocny) i melduję się w schronisku PTTK "Trzy Korony", gdzie czeka na mnie duża grupka ludzi z obsługi. Bardzo przyjemnie było odzipnąć sobie w cieple, napić się gorącej herbaty, ludzie z obsługi bardzo pomocni i uczynni, wiedzący o co w tej zabawie chodzi. Posiedziałem z pół godzinki i jako że się czułem całkiem dobrze postanowiłem jeszcze pociągnąć z 50km, tak żeby przejechac przełęcz Knurowską, a jakby dało radę to w rejon Mszany, tak by wyższe góry mieć już za sobą. Jak to często bywa na ultra, będąc chwilowo "na fali" przeceniłem swoje możliwości, miałem już blisko 300km w nogach, dochodziła powoli północ, temperatura spadała. Po zaliczeniu ścianki w Falsztynie zaczęło mnie mocniej mulić, więc zabrałem się za poszukiwanie noclegu. W teorii dobrze to wyglądało, wiele ofert, ale dopiero teraz zrozumiałem, że o tej godzinie z noclegiem będzie bardzo ciężko. Bo nawet te przybytki z "hotelem" w nazwie to były tak naprawdę pensjonaty, bez obsługi 24h, nawet i w Nowym Targu było podobnie. Tylko czas traciłem na poszukiwania, a tymczasem pogoda się mocno pogorszyła i zaczęło padać. Ale nie było wyjścia i musiałem jechać, w tych warunkach rozpocząłem podjazd na przełęcz Knurowską. Zmęczenie było już bardzo duże, więc jechałem powoli, tak w połowie podjazdu deszcz zaczął już przechodzić w śnieg. Bałem się przede wszystkim tego, że zacznie to zalegać na drodze, a najbardziej gołoledzi, jako że temepratura już spadała poniżej zera. Na przełęczy sypało już porządnie, abstrakcja całkowita - żebym nie był tak zrypany to bardziej bym niezwykłość tej nocnej jazdy potrafił docenić ;). Jednak w tych warunkach to już miałem naprawdę dość, ale brak noclegu nie pozwalał mi skończyć jazdy. Z Knurowskiej zjeżdżam bardzo ostrożnie, droga bardzo śliska, na szczęście śnieg jeszcze nie zaczyna zalegać. Ale zimno jak cholera, bo zjazd z przełęczy ma dobre 20km, o ile pod górę dawało sie trzymać komfort termiczny, to w dół już inaczej sprawa wyglądała, ostre igiełki śniegu sieką po twarzy, a powiew wychładza przemoczonego kolarza. Jednym słowem jazda idzie marniutko, dużo czasu tracę na wyszukiwanie noclegów, nawet udało mi sie dodzwonić do dwóch zajazdów, ale spuszczali mnie tekstami, że nie ma miejsc (choć w jednym obiekcie na dobre 40-50 osób był zupełnie pusty parking, w drugim wyświetlała się informacja o wolnych pokojach). Od połowy podjazdu na szczęscie wrócił deszcz zamiast śniegu, za to po wjeździe na wojewódzką do Nowego Sącza pojawiły się remonty i długi odcinek zfrezowanej jezdni. No i oczywiście akurat w tym momencie musiała mi paść bateria w lampce, a zapas miałem na dnie podsiodłówki, wkurzenie sięga zenitu!
W Zabrzeżu też nici z noclegu, więc już skrajnie wypruty kieruję się na Mszanę, od której oddziela mnie 400m w pionie przez przełęcz Przysłop. Na podjeździe zaczyna powoli świtać, a wraz ze świtem zaczynają się opady śniegu. Początkowo pada umiarkowanie, ale wraz z wysokością przechodzi w regularną śnieżycę. Wyjścia nie miałem żadnego - więc jadę, ale takiej pogodowej rzeźni to na szosówce jeszcze nigdy nie przerabiałem, aż mi się przypomniała zimowa wyprawa na Nordkapp, gdy miałem na trasie solidne śnieżyce ;). Na przełęczy już całkiem sporo śniegu, a najgorsze, że zaczął zalegać na jezdni, tworzy się błoto pośniegowe. Zjazd do Mszany, który miał aż 15km wyziębia do szpiku kości, jechałem z duszą na ramieniu, bo było bardzo ślisko, błoto pośniegowe zalepiło i usyfiło cały rower; w takich warunkach to opony szosowe mają zero przyczepności, takiego ekstremum na rowerze to jeszcze nie przerabiałem... W Mszanie całkowicie zrąbany wreszcie znajduję czynny, dość luksusowy hotel i w ogóle nie patrząc na cenę biorę pokój kończąc kolejny ekstremalny dzień na RTP.
Niewątpliwe poległem na braku doświadczenia z załatwianiem noclegów pod dachem, w efekcie czego musiałem jechać całą noc w fatalnych warunkach i bardzo nieefektywna to była jazda, trochę zmylił mnie w tym zakresie pierwszy nocleg w Głubczycach, który załatwiłem od ręki. Ale z drugiej strony, gdybym nocował na PK3 - to kolejnego dnia Knurowską jechałbym przed świtem, całą w śniegu i fatalne warunki miałbym na dwóch większych przełęczach, a tak to Knurowską przejechałem gdy śnieżyca się dopiero zaczynała; i tak źle i tak niedobrze. Niemniej choć czasowo na tej jeździe sporo straciłem - to było to naprawdę niezwykłe doświadczenie, które na bardzo długo zostanie mi w pamięci, różne ekstrema na rowerze już przechodziłem, nie sądziłem, że jeszcze coś mnie tak mocno zaskoczy - a jednak się udało! To też pokazuje co z człowieka robią wyścigi - normalnie w domu to nawet przez myśl by nie przeszło wychodzic na rower w takiej pogodzie, a gdyby mnie coś takiego złapało na prywatnym wyjeździe to ewakuowałbym sie koleją. A tutaj w warunkach, w jakich nawet psa by się z domu nie wyrzuciło znalazłem w sobie motywację by walić całą noc na mrozie i śniegu!

IV dzień - Mszana Dolna - Kraków - Ojców (PK4) - Pilica - Myszków - Zawadzkie - Namysłów

DST 344,3 km - AVS 20,4 km/h - MAX 56,6 km/h - ALT 2255 m


Po przeżyciach poprzedniego dnia potrzebowałem długiej regeneracji zarówno fizycznej jak i psychicznej, ścigać się za bardzo nie było o co, bo zawodnik na trzecim miejscu był daleko przede mną, celem było przede wszystkim dojechanie w limicie. Ruszam na trasę dopiero wieczorem, śniegu już nie ma (a padał w Mszanie przez pół dnia), ale deszcz leje równo. W takich warunkach jadę cały odcinek do Krakowa, pierwsza część do Myślenic zupełnie płaska, natomiast dalej przed Krakowem czekają ostre ścianki Pogórza Wielickiego. Czasowo nieźle się to ułożyło, bo wjeżdżając do Krakowa po godzinie 23 mam juz puste ulice. Staję na obiad w McDonaldsie, wpadł tutaj Marcel Gawron, fajnie gadając posiedzieliśmy chwilkę, po czym ruszyłem dalej. Pogoda nieco się poprawiła, przestaje powoli padać, choć zimno dalej trzyma, tradycyjnie na tym maratonie poniżej 5 stopni. Wyjazd z Krakowa to solidne górki, trzeba wjechać na poziom 400m, za Skałą zaczyna się segment do PK4. Jest tu kilka ostrych ścianek i pozwalający wyjść z nocnej monotonii fajny widok na podświetlony zamek w Pieskowej Skale. Tutaj orientuję się, że przestały mi działać przerzutki elektroniczne, ładowanie nic nie daje. Wkurzony postanawiam dociągnąć do już bliskiego PK4 i tam spróbowac coś z tym zrobić, bo bez biegów będę się musiał wycofać. Na segmencie przed schroniskiem chyba pomyłka w śladzie, bo kawałek prowadził chamskim szutrem równoległym do drogi, prawdopodobnie organizator pomylił sie na tej samej zasadzie jak ja przy segmencie PK2, czyli puszczenie trasy jako "rower". Na PK4 docieram koło 2 w nocy, trochę przede mną dotarł tu Krzysztof Wolański, który wyprzedził mnie gdy odpoczywałem wiele godzin w Mszanie.
Podstawową sprawą było odpalenie przerzutek, prawdopodobnie był to efekt niskiej temperatury połączonej z wodą, z tego powodu bateria bardzo szybko zeszła do zera (w Krakowie jeszcze było powyżej 30%) i musiało minąć trochę czasu zanim dała sygnał o ładowaniu. Na naprawę i odpoczynek (kolejny raz bardzo uczynna i pomocna obsługa punktu, wielkie dzięki za pomoc!) zeszło się ponad 2h, ale najważniejsze, że mogłem jechać dalej, bo konieczność wycofania się z powodu rozkraczonego sprzętu, gdy tyle wysiłku się włożyło w jazdę byłaby nieznośna. Gdy ruszam dalej zaczyna powoli świtać, zaliczam obowiązkową końcówkę segmentu z pięknym podjazdem z Ojcowa po kostce, chwilę później wracam tu z powrotem, bo dalszą trasę miałem puszczoną przez Jurę. Przez Jurę - wiadomo trasa solidnie pagórkowata, a na domiar złego trafił się przeciwny wiatr, tak żeby i na potencjalnie łatwiejszej końcówce wyścigu nie było za dobrze ;)). Jazda idzie tak sobie, rytm już bardziej turystyczny, ze sporą ilością postojów, jadę już na dojechanie. W Myszkowie dłuższy postój na stacji Orlenu, tutaj na dobre kończą się większe górki. Kawałek za miastem spotkaniem z kibicem maratonu na trasie, odwiedził mnie Damian z Rudy Śląskiej, bardzo miło że komuś sie chciało wyjechać na trasę w tak beznadziejnej pogodzie. Warunki sa mniej więcej stałe - cały czas wieje przeciwny wiatr, temperatura koło 5'C, deszcze przelotne, jakoś mocno nie pada, co jakiś czas moczy, a powietrzu utrzymuje się dużo wilgoci. Za Jurą trasa robi się mocno monotonna, pod ten wiatr wlokę się niewiele więcej niż 20km/h, więc kilometry ubywają bardzo powoli.
W Kolonowskim kolejna niespodzianka - na trasę wyjechali Szafar z Waldkiem Grejnerem, trochę posiedzieliśmy w ogrzewanym samochodzie, bardzo przyjemna odmiana po tej nudzie dzisiejszego dnia. Rozmowa ze znajomymi trochę mnie wybiła z tego dzisiejszego letargu - i wracam na trasę z lepszym nastawieniem, podziękowania za odwiedziny! Ostatnia stówka dalej mocno monotonna, też zaczyna coraz mocniej łapać senność. Długo rozważałem co tu robić, czy jechać drugą noc z rzędu na metę, czy też przenocować w Namysłowie. Wygrał drugi wariant, jakby to była walka o podium to jeszcze bym wykrzesał z siebie energię do kolejnej nocy na rowerze, ale teraz już mi specjalnie na miejscu nie zależało, uznałem, że lepiej będzie się zregenerować, przespać i na świeżo zrobić ostatnie 130km, wjeżdżając na metę w ludzkim stanie, a nie totalnie wypruty. Zatrzymuję się więc na nocleg w hotelu, jakaś zupełnie niekompetentna osoba mi się trafiła w recepcji, co nie potrafiła obsługiwac terminala na karty płatnicze, efekt tego był taki, że przez zawirowanie tym spowodowane nie zauważyłem, że mi nie oddali dowodu osobistego, który sobie został w hotelu (na szczęście odesłali mi go pocztą).

V dzień - Namysłów - Oleśnica - Wzgórza Trzebnickie - Wrocław

DST 127,8 km - AVS 21,2 km/h - MAX 48,3 km/h - ALT 845 m


Ruszam koło świtu, zgodnie z przewidywaniami wyprzedził mnie Krzysiek Wolański, który jechał całą noc, a także (to już wbrew oczekiwaniom ;)) Maciek Kordas. Ale na miejscu specjalnie mi już nie zależało, czy zajmę 4 czy 6 miejsce nie miało dla mnie większego znaczenia. Pierwsza część dzisiejszego odcinka to dojazd na Wzgórza Trzebnickie, jazda już ciekawsza niż wczoraj, zaczynają się pierwsze górki, po regeneracji w hotelu jedzie się bez zamulania, choć mocno daje się we znaki siedzenie przeczesane długą trasą. W Czeszowie wjeżdżam na ostatni, obowiązkowy segment RTP, najeżony najbardziej znanymi ściankami Wzgórz Trzebnickich. Jako, że pogoda mocno się poprawiła, chwilami temperatura dochodziła nawet do niebotycznych 10'C i zaczynało przebijac słońce - jazda była całkiem przyjemna. Zaliczyłem m.in. słynną Prababkę z ostrą 14% ścianą, spinając niejako klamrą wyścig, na którym i na Pradziada trzeba było wjeżdżać ;). Ostatnie 20km to już płaski dojazd do Wrocławia i odliczanie kilometrów pozostałych na metę, kawałek przed metą wyjeżdża na spotkanie organizator tej imprezy - Paweł Puławski - i bardzo szczęśliwy wjeżdżam wreszcie na metę zajmując 6 miejsce z czasem 4 dni 19h 20min!

Podsumowanie

Cały Race Through Poland ustawiła pogoda. Oczywiście na ultra załamania pogodowe mniejsze i większe nie są niczym nadzwyczajnym i trzeba być na nie przygotowanym, nieraz zdarzało mi się na takich wyścigach jechać nawet w wielogodzinnych deszczach czy zimnie. Ale to co było na RTP to było skala dotąd całkowicie niespotykana, coś co mocno zaskoczyło nawet bardzo doświadczone osoby, tutaj to pogoda rozdawała wszystkie karty. Warunki były ekstremalne, wielogodzinny deszcz w połączeniu z bardzo niskimi temperaturami, a następnie śnieg na Podhalu całkowicie przeczesał całkiem spory peleton uczestników wyścigu jaki wystartował z Wrocławia. Takiego pogromu na ultra nigdy jeszcze nie widziałem, z ok. 60-70 na starcie - na metę w limicie dotarło ledwie 6 osób, do tego jeszcze 2 zawodników dotarło po limicie, więc z grubsza ledwie 10%, parametr na takich wyścigach zupełnie niespotykany.
Cała impreza stała się przede wszystkim walką z bardzo wymagającymi warunkami pogodowymi, na dalszy plan odeszły umiejętności czysto kolarskie, natomiast decydująca stała się głowa. Była to walka z samym sobą, w stopniu daleko większym niż to zwykle ma miejsce na takich wyścigach, trzeba było w sobie znaleźć wielkie pokłady motywacji by nie wymięknąć, by być w stanie jechać długie godziny w fatalnych warunkach, bo jedynie w trzeci z pięciu dni jakie spędziłem na trasie były sensowne warunki. I mam wielką satysfakcję, że dałem radę ukończyć ten wyścig, być w tej zaledwie ósemce, która pokonała całą trasę wygrywając z fatalną pogodą, pokazując, że "chcieć to móc". Z racji ekstremalnej pogody myślę, że taki wyścig się już przez długie lata nie powtórzy, bo w sezonie ultra (od maja do września) szansa na tak trudne warunki jest minimalna, mieliśmy wyjątkowy niefart do pogody, cały kwiecień były doskonałe warunki, temperatury po 20 stopni, a ledwie tydzień po RTP było już prawie lato.
Sama impreza godna polecenia każdemu miłośnikowi wyścigów bikepackingowych, w stosunku do pilotażowej edycji 2018 duży postęp - bardzo ciekawa i wymagająca górska trasa, świetny pomysł z zakazem jazdy po krajówkach, który znacząco urozmaicił planowanie. Organizacja na wysokim poziomie - na starcie przejazd przez cały Wrocław z pełną asystą policji, na wszystkich punktach kontrolnych bardzo życzliwa i pomocna obsługa, podobnie i na mecie, a przy tym wszystkim wpisowe na sensownym poziomie. Trzymam kciuki za dalszy rozwój tego wyścigu - bo to bardzo ciekawa propozycja na naszym podwórku ultra, będąca świetnym przygotowaniem do startu w największym tego typu wyścigu na świecie czyli Transcontinental Race. Jest na najlepszej drodze by w przyszłości stać się jedną z najważniejszych imprez ultra w Polsce.