NORTHCAPE 4000 - 2018




Wstęp

W 2018 roku moim głównym celem rowerowym był wyścig North Cape 4000 - wielodniowy ultramaraton z Włoch aż na koniec Europy na Przylądku Północnym w Norwegii. Taka impreza niejako łączy w sobie moje dwie największe rowerowe pasje - czyli wyprawy oraz sportową rywalizację na bardzo długich dystansach. North Cape 4000 pierwszą edycję miał rok wcześniej, wówczas był rozgrywany w innej formule - były cztery punkty kontrolne, a pomiędzy nimi zawodnicy planowali trasę samodzielnie. Taki system ma plusy (można samemu wybrać jak jechać, popłaca umiejętność dobrego planowania), ma i duże minusy - by trasa była szybka i jak najkrótsza trzeba ją z reguły puszczać po dość głównych drogach. W edycji w 2018 roku zmieniono tę regułę - i trasa przejazdu całego wyścigu miała być odgórnie ustalona przez organizatorów. Zapisy odbywały się już w styczniu - i były trochę w ciemno, bo trasa nie była jeszcze znana, a i regulamin wyścigu był jedynie w bardzo ogólnych zarysach.
I jak to często bywa wraz z tym jak pojawiały się kolejne detale - troszkę się ten obraz psuł, trasę organizatorzy zaprojektowali na odcinku alpejskim słabiutką, w regulaminie pojawił się kuriozalny zapis, że w razie potrzeby można zmieniać trasę i nie trzeba się ściśle trzymać wyznaczonego śladu. Ale to były drobne detale nie zmieniające faktu, że zapowiadała się wspaniała przygoda!
Wyścig rozpoczyna się z włoskiego Arco położonego na północnym krańcu jeziora Garda. Dolatuję już w środę do Bergamo (razem z Karolem Wróblewskim, również jadącym w wyścigu), na miejsce jadę dwa dni rowerem, dystanse niewielkie, trochę górek. Końcówka to zjazd nad bardzo widowiskowe jezioro Garda i spacer szutrowym szlakiem dla rowerów MTB trawersującym niemal pionowe skały opadające do jeziora; ten odcinek pokonywaliśmy razem z Rafałem podczas TransAlpu i zapadł mi mocno w pamięć, bo jest bardzo widowiskowy. W Arco na dwie ostatnie noce przed wyścigiem mamy zarezerwowany hotel wspólnie z Marcelim Byczkiem (Byczysem) również jadącym wyścig.
Piątek przed wyścigiem schodzi nam na przygotowaniach do startu, ostatnie ustawienia roweru, korekty bagażu, którego niepotrzebną już część (wykorzystaną na dojazd z Bergamo) odsyłam do Polski, w ostatniej chwili dokładając też matę do spania, która mi się do bagażu nie mieściła, tak więc spać będę musiał na gołej ziemi bez żadnej izolacji od podłoża. Po południu jest odprawa wyścigu ulokowana w zabytkowym Palazzo Marchetti, w dużej sali z freskami na ścianach. Sama odprawa skoncentrowana przede wszystkim na głaskaniu sponsorów i wychwalaniu imprezy, mowa-trawa przez dobrą godzinę, bez żadnych konkretów, w sumie niczego ciekawego się nie dowiedzieliśmy, Po odprawie grill dla uczestników wyścigu - obrzydliwy, niedosmażony szaszłyk, zjadłem na siłę, a trzeba to było zostawić, bo czuło się to na żołądku parę godzin. Robimy z Byczysem ostatnie zakupy, obiad w pizzeri i koło 22 idziemy spać.


I dzień - Arco - Bolzano - Merano - Passo Resia (1507m) - [CH] - [A] - Landeck - Innsbruck - Kufstein - [D] - Deggendorf - Zwiesel - [CZ] - Susice - Belcice



DST 764,4 km - AVS 23,4 km/h - MAX 64,7 km/h - ALT 6383 m


Pobudka koło 6, nawet sensownie udało mi się wyspać. Jemy dobre i obfite śniadanie w naszym hoteliku (de facto kwaterze), montaż reszty bagażu na rowerze - i ruszamy do Arco. Na starcie już ponad setka startujących zawodników, konfiguracje sprzętowe wszelkiego rodzaju - od ludzi z maleńkimi podsiodłówkami do pełnych sakw ;). Ale generalnie dominują tradycyjne zestawy bikepackingowe z 2-3 dużymi torbami. Strzelamy ostatnie fotki polskiej ekipy, wszyscy jeszcze świeżutcy, czyściutcy i z pełnią sił i wysokim morale - jednym słowem jak armia ruszająca na podbój świata. A po paru dniach już będą to realia armii siedzącej w okopach w czasie wojny pozycyjnej ;)). O 8 startujemy, pierwszy kawałek to przejazd wielkim peletonem przez wąziuteńkie, średniowieczne uliczki Arco, następnie wjeżdżamy na ścieżki rowerowe. Przed startem obawiałem jak taki wielki peleton na tych ścieżkach wyrobi, ale nie jest źle. Już po 5km jest większy podjazd znad położonej na 60m Gardy na ok. 250m, podjazd solidny, chwilami po 10-11% - i ten podjazd doskonale podzielił peleton na szereg mniejszych grupek. Ja jechałem w miarę z przodu, więc udało mi się załapać do pierwszej grupki. Po zjeździe do Rovereto wjechaliśmy do szerokiej doliny Arco, głównej doliny tego rejonu. Uformował się taki spory peleton z ok. 25-30 osób i zaczęła się szybka jazda, ze średnią powyżej 30km/h. Miałem spore obawy co do całego kawałka po ścieżkach aż do Merano - ale muszę przyznać, że puszczenie tędy wyścigu to był dobry pomysł. Ścieżka rowerowa na tym kawałku była naprawdę przyzwoita, cały czas dobry asfalt, a upierdliwych miejsc wymagających wyhamowań mniej niż się na ścieżkach z reguły spotyka. Jednym słowem jazda przyjemniejsza niż na równoległych do ścieżki szosach, którymi w tym rejonie też miałem okazję jeździć. Widoki eleganckie - dużo winnic, soczysta zieleń przy trasie, monumentalne góry po bokach szerokiej doliny, jeszcze świeże nogi, więc sama frajda!
Po porannej przyjemniej temperaturze szybko śladu nie ma, na termometr wskakuje temperatura koło 30 stopni, widać, już wyraźnie, że będzie gorąco podobnie jak przez ostatnie kilka dni. Po 30-40km zaczyna się już walka o utrzymanie w grupie, chwilami tempo wyraźnie ponad 30km/h, jechałem na końcu grupy, co rusz muszę spawać peleton po odpadających osobach, raz też gonić przez parę kilometrów po tym jak znowu mi zjechała sztyca do ramy :). Ale na szczęście udało mi się utrzymać w grupce, a po ok. 100km przed Bolzano tempo się uspokoiło na równe ok. 30km/h - bo już zostało z 10-15 osób. Część osób zmęczyło za duże tempo, część musiała stanąć na uzupełnienie płynów. Do Merano dociera już tylko 6-7 osób, w tym nasz polski faworyt Karol Wróblewski; fakt że udało mi się znaleźć w tym gronie mocno mobilizuje. Wkrótce kolejne osoby zjeżdżają by zatankować wodę, aż zostaję sam na czele wyścigu ;). Ale i ja musiałem nabrać picie, tutaj minął mnie tankujący wcześniej Karol, który od tego czasu objął już na stałe prowadzenie. Za Merano dłuższa seria podjazdów wśród winnic i sadów jabłkowych na poziom ponad 500m. Dalej już bardziej płasko - długi ok. 30km odcinek w górę doliny. Tutaj co jakiś czas przecinam się z dwoma zawodnikami, w tym z mocnym Czechem Zavoralem. Dolina Arco za Merano ma budowę "schodkową" - długi odcinek płaskiego, a później ostrzejszy podjazd. Sumarycznie wjeżdża się na wysokość ok. 900m. w Prato, podjazd na Stelvio zakryty chmurami. Pogoda robi się znośniejsza, słońce zaszło za chmury, temperatura już koło 20 stopni. Przed podjazdem sprawdzam na monitoringu że dalej jadę na drugiej pozycji, co mnie mocno zdziwiło, takiej pozycji zupełnie się nie spodziewałem na tym etapie wyścigu; jednym słowem - jest świetnie!
W Prato kończy się jazda ścieżkami, tu trasa wyścigu wjeżdża na drogę na przełęcz Resia. Podjazd beznadziejny, w wielkim ruchu, niestety ta przełęcz to wygodny szlak transportowy między Włochami i Austrią. Droga wspina się kilkoma długimi serpentynami, jadąc w jedną stronę mocny wiatr w twarz, w drogą elegancko wpycha pod górę, serpentynę wyżej widziałem jeszcze sylwetkę wspinającego się Karola. Sama przełęcz długa na ileś kilometrów, bez wyraźniej kulminacji, widoki może nie aplejskiej klasy, ale dwa spore jeziora dodają uroku. Za przełęczą krótka wizyta w Szwajcarii i zaczyna sie długa na kilkaset kilometrów jazda doliną Innu. Na tym odcinku sporo problemów z pozycją, liczne poprawki ustawień roweru, bo po ponad 250km zaczynam już odczuwać rozmaite niedogodności. Wykorzystałem też punkt regulaminu pozwalający na korekty trasy, bo w paru miejscach ścieżki były bardzo upierdliwe - więc pojechałem drogą. Za Imst zaczyna się powoli ściemniać, ze 30km przed Innsbruckiem odpalam oświetlenie. W tym roku po raz pierwszy używałem oświetlenia na dynamo - sprawdza się bardzo przyzwoicie, a brak konieczności troszczenia się o baterie to wielki plus tego systemu.
Do Innsbrucka wjeżdżam omijając ścieżki, trochę czasu tu straciłem na szukanie otwartego McDonaldsa, ale po całym dniu jazdy na słodyczach bardzo mi zależało na zjedzeniu czegoś normalnego. Po posiłku i krótkiej regeneracji ruszam dalej, ponieważ z sennością nie miałem problemów - więc postanawiam jechać całą noc. Kawałek za miastem ku mojemu zaskoczeniu zaczyna padać deszcz, opady niewielkie, głównie w formie mżawki - ale utrzymywały się przez kilka godzin. Dopiero kawałek za granicą niemiecką się uspokoiło, powoli zaczyna też świtać. Kolejne ponad 150km z granicy niemieckiej do Deggendorfu właściwie bez historii, nudny przejazd przez płaską i nieciekawą w tym rejonie Bawarię. Wraz z upływem dnia znowu zaczyna się robić gorąco, na naddunajskich równinach przed Deggendorfem jest już piekarnik pod 35'C. Są duże problemy z wodą i zaopatrzeniem - jest niedziela, w tym rejonie Niemiec wszystko zamknięte na amen, w końcu musiałem kupić wodę na jakiejś stacji w cenie 2,5 euro za 1,5l. Ale stacje pojawiły się dopiero przed większym miastem, wcześniej była zupełna pustynia. W tym rejonie mijał mnie Czech - on miał w bidonie...mleko. Zdesperowany nie mogąc znaleźć nigdzie wody, mijał takie samoobsługowe, przydomowe stanowisko sprzedaży produktów rolniczych i jako, że było tam mleko na sprzedaż - więc zatankował mlekiem ;).
W Deggendorfie przejeżdżam Dunaj i już na wyjeździe z miasta zaczyna się bardzo wymagający podjazd w zaczynające się tutaj masywy Sumavy. Akurat tak sie trafiło, że jechałem tu w najgorszym momencie dnia, przy największym upale, a podjazd w sporej części odsłonięty - tak więc pełna patelnia. Podjazd bardzo trudny, jedna z dwóch najcięższych ścian wyścigu, z długim odcinkiem 12-13%, nóżki na końcu już miękkie ;).W Reggen wpakowałem się na jakąś wielką paradę w środku miasta, ruch zupełnie zamknięty, a przez miasto przechodziła defilada - kilka orkiestr, jakieś wielkie platformy, browary - wszystko w ludowych bawarskich strojach. Normalnie chętnie bym pooglądał dłużej - ale teraz jak najszybciej przebijałem się bokiem przez ciasny tłum by się wydostać z defilady ;). Z Zwiesel jest długi podjazd na Sumavę, ale dość łagodnie nachylony. W połowie podjazdu wjeżdżam do Czech, w sumie wjeżdżam na ponad 900m. Po zjeździe z głównej drogi zaczyna się najładniejszy dzisiaj kawałek - przejazd przez Sumavy drogą do Susic. Piękne i szerokie krajobrazy, niemiecki ordnung wszechobecny w wioseczkach jest zastępowany przez czeską improwizację. Za Susicami już się zaczynają klasyczne Czechy - czyli góra-dół przez cały czas, przy ponad 700km w nogach już to nieźle wchodzi w uda. Tak więc zaczynam się rozglądać za noclegiem - obozowisko rozkładam za Belcicami, dobrze że miałem namiot, bo komarów było bardzo dużo.
Pierwszy dzień zdecydowanie na plus - jechałem w samej czołówce wyścigu, wśród pierwszych kilku osób, zgodnie z moimi przewidywaniam Karol odjechal daleko, miał juz przewagę kilku godzin, ale pozostałe osoby z czołówki były w niewielkiej odległości. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z tego, że pierwszy dzień niewiele znaczy na takich imprezach, nie jest ważne jak się na świeżo jedzie, tylko jak się jest w stanie utrzymać tempo przez kolejne dni, juz przy dużym zmęczeniu. Niemniej jazda z przodu - to jest zawsze duży zastrzyk do motywacji, a motywacja na takich wyścigach jest bardzo ważna, to ona jest najskuteczniejszym bodźcem do wysiłku.

II dzień - Belcice - Pribram - Praga - Jicin - przeł. Okraj (1054m) - [PL] - Jawor



DST 344,4 km - AVS 21,2 km/h - MAX 72,8 km/h - ALT 3312 m


Zbieram obozowisko po ciemku, pierwsza część trasy również nocą. Czechy w klasycznej postaci - masa górek, a to 50m w dół, a to 100m do góry. Drogi raczej boczniejsze, lampka sprawdza się bardzo przyzwoicie na szybkich zjazdach, lampki na dynamo właśnie przy dużych prędkościach dają najmocniejsze światło, nie trzeba ręcznie ustawiać trybu. Świtać zaczyna po ok 50km, Praga już coraz bliżej, więc i ruch na drogach mocno rośnie. Niestety wybór wielkich miast jako punkty kontrolne - to jest słaby pomysł, bo przebicie się przez aglomerację Pragi czy Warszawy to dobre 40-50km jazdy w miejskim ruchu. Wjazd do Pragi nawet nie taki zły - długi przejazd ścieżką rowerową nad Wełtawą, całkiem sensowną do jazdy i urokliwą, bo dobrze z niej widać rzekę. Punkt kontrolny był ulokowany na przepięknej praskiej starówce, a jako, że jeszcze było wczesnie, koło 7 - było puściutko. Ale i PK, który mieścił się w informacji turystycznej był nieobsadzony, więc zrobiłem jedynie fotkę. Takie punkty, które są czynne w swoich normalnych godzinach pracy trochę psują całą ideę tego systemu jazdy, zbierania pieczątek, specjalnej książeczki na te pieczątki itd. Ale położenie punktu robi wielkie wrażenie, Stare Miasto w Pradze to światowa ekstraklasa.
Natomiast wyjazd z Pragi już o wiele słabszy niż wjazd, wiele kilometrów przebijania się po ruchliwych drogach, bo zaczął się poranny szczyt komunikacyjny. Dopiero za Brandysem, po przekroczeniu Łaby ruch spada do akceptowalnego poziomu. Trasa wytyczona słabo, dużo kiepskich dróg, w wielu mniejszych miasteczkach bardzo nierówne bruki. W Czechach naprawdę dałoby się wytyczyć trasę lepiej, bo dobrych asfaltów na bocznych drogach tutaj nie brakuje. Pogoda podobnie jak wczoraj upalna, temperatura często powyżej 30 stopni, ale na szczęście jest trochę chmur zakrywających od czasu do czasu słońce - co daje trochę ulgi. Sytuacja na wyścigu się ustabilizowała - Karol jest ładnych kilka godzin z przodu, natomiast ja jadę w okolicach 3-4 miejsca, blisko mnie są Włoch Oliva i Czech Zavoral.
Od Jicina zaczynają wracać większe górki, w Novej Pace robię większe zakupy, picie w tych temperaturach leci szybko. Na horyzonice pojawia się duży masyw Karkonoszy, wkrótce rozpoczynam długi podjazd na przełecz Okraj. Jedzie się długo, ale w miarę łagodnie, mocniejsze nachylenie jest dopiero w końcówce. Na drodze dość pusto, upał nieco zelżał, więc jechało się całkiem przyzwoicie. Na Okraju wjeżdżam do Polski, fajnie na tak długim wyścigu pojeździć po swoim kraju, gdzie się wszystko zna na wylot. Z Okraju zjazd blisko 500m w dół i zaczyna się bardzo soczysty podjazd na przełęcz Rędzińską (800m), taka wisienka na torcie dzisiejszego dnia. Trudy całego upalnego dnia i blisko 300km w nogach zbiera swoje żniwo - na początku podjazdu zaczyna mi lecieć krew z nosa. Nie bardzo było co z tym robić, a nie chciałem tracić czasu czekając aż krwotok ustanie, więc jadę do góry, co jakiś czas przechylając mocno głowę, tak by krew mniej leciała :)). Przełęcz z bardzo ostrym kawałkiem, 13-14% trzyma koło kilometra, ale dzięki temu i szybko zdobywa się wysokość. Na szczycie dogadaniam Czecha i razem ruszamy na atomowy zjazd (z drugiej strony przełęcz jest jeszcze ostrzejsza). Ze względu na upał i ogólne przeczesanie zastanawiałem się czy nie wziąć kwatery, ale nie bardzo było coś sensownego przy drodze. Za późno się też zorientowałem, że kończy mi się woda - i wjechałem w rejon Parku Krajobrazowego Chełmy, ponad 20km bez żadnych sklepów, niestety musiałem ciągnąć aż do Jawora bez picia. Tam robię sobie dłuższy i zasłużony popas na dużej stacji Orlenu, serwującej jakieś nowe menu, ze smacznym rumfsztykiem.
Nocuję kawałek za miastem, Jawor był taką granicą górskiej i nizinnej części NorthCape 4000 - od jutra zaczną się długie równiny. Z górskiego odcinka jestem bardzo zadowolony, pozycja w pierwszej piątce jaką dalej utrzymywałem była sporo powyżej moich przedwyścigowych oczekiwań.

III dzień - Jawor - Trzebnica - Ostrzeszów - Warta - Łęczyca - Sochaczew



DST 370,3 km - AVS 22 km/h - MAX 51,9 km/h - ALT 1526 m


Pierwszy odcinek dzisiejszego dnia jeszcze lekko pagórkowaty, też trochę kiepskich nawierzchni, ale jak na realia dolnośląskiego całkiem przyzwoicie, niemniej kilka krótkich brukowanych odcinków (choć dość równych) trzeba było przejechać. W Wołowie powoli zaczyna świtac, zadowolony jestem, że jadę ten odcinek tak wcześnie, bo o normalnej porze ruch na odcinku do Trzebnicy jest znaczący. Ja jeszcze mam puściutkie drogi i równiutki asfalt, więc jedzie się sprawnie. Odcinek Trzebnica - Ostrzeszów to taka przeplatanka, są dobre drogi, są i dziury, też i ostatnie pagóreczki.
Od Ostrzeszowa robi się już zupełnie płasko, zaczyna też ostro smażyć słońce. A dzisiaj niestety chmur na niebie prawie nie ma, więc słońce praży z pełną siłą, upał trzyma i po 35'C. A taka upalna pogoda pojawiła się nad Polską, bo ze wschodu nadciągnął do nas silny kontynetnalny wyż. A to oznaczało nie tylko upały, ale również i wiatr ze wschodu. I rzeczywiście po wjechaniu na odkryte równiny wiatr zaczął dawać w kość, jechało sie niewiele powyżej 20km/h. Cała reszta dnia to była bardzo upierdliwa jazda łódzkimi i mazowieckimi równinami, teren bardzo monotonny, a przy tym przeszkadzającym wietrze kilometry leciały powolutku. Polski odcinek maratonu projektowałem właśnie ja, skupiałem się na w miarę przyzwoitych i niespecjalnie ruchliwych drogach, niestety Warszawa jako drugi, obowiązkowy PK znacznie zawężała możliwości zaprojektowania lepszej trasy - i trzeba było pokonać blisko 200km bardzo nudnych dróg. Szczególnie odcinek Łęczyca - Łowicz z długimi prostymi męczył zarówno psychiczne jak i fizycznie, bo wiatr wiał tam prosto w twarz. Pod koniec dnia byłem już bardzo zmęczony i po całym dniu jazdy w upale (dopiero pod wieczór spadło poniżej 30 stopni, znowu farba z nosa) zależało mi na noclegu pod dachem i z klimatyzacją. W tym celu postanowiłem dociągnąc aż do Sochaczewa, gdzie był dobry hotel, więc końcówka już nocą. W hotelu uwinąłem się sprawnie, nie tracąc wiele czasu na formalności, szybki prysznic - i do łóżka.
Dzień bardzo wymagający, kombo upału i wiatru dawało mocno popalić, do tego męczył ból siedzenia przeczesanego z górach, a dorobionego upałem. Duże problemy z pozycją na rowerze - bolące kolana, plecy, dłonie itd. też wynikały ze zmiany charakteru jazdy, na płaskim jedzie się inaczej niż w górach, znacznie więcej jest jazdy na lemondce, więc i inaczej się rozkładają obciążenia czy to kolan czy siedzenia i mięśni. Ale na tym polega sztuka jazdy takich długich imprez, żeby sobie umieć radzić również wtedy gdy nie bardzo idzie, a tutaj pomimo problemów udało mi się zrobić bardzo przyzwoity dystans.

IV dzień - Sochaczew - Warszawa - Węgrów - Wysokie Maz. - Tykocin - Janów - Grabowo



DST 344,5 km - AVS 23,1 km/h - MAX 41,5 km/h - ALT 1229 m


Ruszam z Sochaczewa trochę przed świtem, dobrze się to ułożyło, bo trasę do Warszawy pokonuję o sensownej godzinie, jeszcze przed porannym szczytem. Dobrze mi znany kawałek do stolicy schodzi szybciutko, do Warszawy wjeżdżam w okolicach 6 rano, więc jeszcze puściutko. Tak więc miasto przejeżdżam całkiem sprawnie, niestety kolejny punkt kontrolny (umiejscowiony w Pałacu Kultury) na mojej trasie jest zamknięty, więc tylko robię fotkę roweru pod Pałacem. Niestety taki system z obowiązkowymi punktami kontrolnymi, a czynnymi tylko w godzinach normalnej pracy jest diabła wart, to pójście przez organizatorów na dużą łatwiznę. Na TCR na takich dobrze zorganizowanych punktach (choć nie wszystkich) dało się dobrze poczuć atmosferę wyścigu, tutaj to wszystko przelatuje między palcami. Wyjazd z Warszawy mało ciekawy, bo już się zaczynał robić większy ruch, jeszcze pod Sulejówkiem doszedł spory objazd, dopiero po 30km za Warszawą można odetchnąć. I tutaj zaczynał się sporo przyjemniejszy do jazdy polski odcinek trasy, szkoda, że jako ten obowiązkowy punkt umiejscowiono Warszawę - bo to wymusiło ze 250-300km nieciekawych dróg, wiele ciekawiej można było to puścić np. przez Toruń i dalej na Mazury, omijając nudy Łódzkiego i Mazowsza.
Po wyjeździe z Warszawy orientuję się, że zmieniła się mocno sytuacja w wyścigu, prowadzący dotąd wyraźnie Karol Wróblewski stanął w stolicy na długi postój regeneracyjny, pozostali zawodnicy też jeszcze nie ruszyli - więc Warszawę opuściłem jako prowadzący w całym wyścigu! :). Takiej sytuacji w ogóle się nie spodziewałem, ale takie sytuacje na wyścigach tej długości się zdarzają, bo kontuzje i kryzysy zbierają duże żniwa; niemniej niewątpliwie zwiększało to mocno moją motywację do jazdy. Cały dzisiejszy odcinek znam doskonale, nieraz tu jeździłem, lubię tę trasę - więc jechało mi się dobrze i sprawnie, do tego upał nieco odpuścił, dalej chwilami lekko było powyżej 30'C, ale to już nie był poziom wczorajszy. Po przejechaniu Bugu minął mnie samochód organizatorów kręcąc zdjęcia do krótkich filmików. Po południu docieram do Tykocina, tutaj zaczyna się na dobre najciekawszy kawałek dzisiejszego dnia czyli Podlasie. Spotykam tutaj żonę Łatosia - Asię, która wyjechała na trasę wspomóc zawodników maratonu. Umawiamy się na spotkanie na stacji w Knyszynie, a zaraz za Tykocinem samochodem dołączył Łatoś, z którym gadając przejechałem większość odcinka do Knyszyna. Na stacji krótki postój regeneracyjny, dostałem prowiantu tyle, że ledwo go pomieściłem w bagażu. Wielkie podziękowania dla Asi i Łatosia za spotkanie, takie wizyty kibiców, szczególnie tych znajomych na trasie są bardzo miłe, wspierają poprzez zwiększenie motywacji i dają taki chwilowy reset z monotonii psychicznej bardzo długich dystansów, czasem krótka chwila rozmowy wystarczy, by się zresetować i wrócić na trasę z nowym entuzjazmem.
Gdy już ruszałem z Knyszyna nadjechał siedzący mi na plecach Maximiliano Oliva, też stawał na zakupy na stacji i też załapał się na trochę kanapek od Łatosiów ;). Za Knyszynem zaczynają się pagórki, czuję już solidnie zmęczenie całym dniem jazdy, za Korycinem Oliva łatwo mnie wyprzedza, ja już powoli zaczynam się rozglądać za noclegiem. Przejechałem jeszcze najbardziej pagórkowatą część podlaskiego odcinka za Janowem, później długo szukałem sensownej miejscówki na nocleg. Znalazłem ją dopiero nad samą Biebrzą, komarów dużo, więc namiot kolejny raz się bardzo przydał. Kolejny udany dzień na trasie, wyraźnie ponad 300km, zadowolony jestem że na płaskim dobrze jadę (co obrazuje wysoka pozycja w wyścigu), bo dotąd jazda na płaskim była moją piętą achillesową, sporo tu traciłem do innych w porównaniu do jazdy w bardziej górskim terenie

V dzień - Grabowo - Suwałki - Wiżajny - [LT] - Wisztyniec - Jurburk - Rosienie - Szadów



DST 336,2 km - AVS 22,5 km/h - MAX 59,5 km/h - ALT 1446 m


Po pobudce ciemno, zimno i wilgotno - więc motywacja do ponownego ruszenia na trasę niespecjalna ;). Ale zwijam obóz i ruszam. Początkowo zimno, po wjechaniu w lasy Puszczy Augustowskiej robi się cieplej. Szosy przez lasy w kratkę, nie brakuje gorszych asfaltów; jazda nocą w lesie mocno monotonna, więc senność daje się we znaki. Dopiero trochę przed Suwałkami zaczyna się rozwidniać. W mieście robię większe zakupy - to ostatni Orlen na trasie wyścigu, niestety skończą się wypasy i znowu trzeba będzie mocniej improwizować z zakupami :). Za Suwałkami zaczyna się najładniejszy dzisiejszego dnia odcinek - czyli przejazd przez pagórki Pojezierza Suwalskiego, po zjechaniu z drogi wojewódzkiej na Wiżajny kapitalny odcinek i kilka ostrych ścianek, miało to niesamowity klimat, bo poranne i mocno świecące słońce nadawało okolicy wspaniałych barw. Polskę opuszczam wąską drogą do Wisztyńca, pierwsze 20km na Litwie też bardzo przyjemne.
Niestety za Wisztyńcem koniec tego dobrego i zaczyna się żmudna orka na litewskich równinach. Większość tego odcinka to śmiertelnie nudna jazda po rolniczych, płaskich jak stół terenach, jeszcze nudniej niż na Mazowszu, bo gęstość zaludnienia sporo mniejsza. Niestety trasę po Litwie organizatorzy mocno sknocili, dało się po tym kraju puścić wyścig wiele ciekawszą i bardziej urozmaiconą drogą, wschodnia część Litwy jest dużo ciekawsza od bardzo nudnej środkowej, zamiast płaskich pól są tam lasy i pagóreczki. A dzisiaj do tego ponownie wrócił duży upał, znowu smażyło powyżej 30'C, a trasa prowadziła terenem własciwie zupełnie bezleśnym, więc słońce zbierało duże żniwa. Jednym z nielicznych miejsc, gdzie można odpocząć od monotonii jest Jurbork i przejazd przez szeroko rozlany Niemen, co robi spore wrażenie. Za miastem jedzie się bardzo słabo, wiatr przeszkadza, słońce wycina do żywego, cienia w ogóle nie ma, a jadąc wyścig nie można sobie pozowolić na przeczekiwanie fazy największego upału, cały czas trzeba jechać. Do tego zaczyna płynąć asfalt, na części dróg którymi jadę spore fragmenty drogi przy prawej krawędzi są solidnie rozmięknięte i trzeba uważać by się w takie placki nie wpakować, bo łatwo można smołą zasyfić opony.
W Rosieniach krótki postój w parku, tutaj ponownie dogania mnie Włoch Oliva, też mocno narzeka na upał, tasujemy się trochę na następnym kawałku drogi. Za Rosieniami wreczcie niewielkie urozmaicenia, jest troszkę małych góreczek, upał też powoli zaczyna odpuszczać. Trochę problemów z zaopatrzeniem, dopiero w Bejsagole znalazłem stację na której zrobiłem większe zakupy na noc.Już mocno zmęczony pociągnąłem jeszcze kawałek bocznymi drogami za Szadów. Miejsce na nocleg niestety cieniutkie, nic tu sensownego nie było, same pola, więc rozstawiłem się w solidnych krzakach, ale przy takim zmęczeniu to takie detale nie robią już większej róznicy ;)).
Dzień z gatunku "przejechać i zapomnieć", poza ładnym kawałkiem w Polsce to straszna monotonia, walka z wykańczającym słońcem i dystansem. Kilometrów może dałoby się dziś zrobić ze 20-30 więcej, bo sporo czasu na postoje zeszło, ale na tym etapie wyścigu na pewno nie jest to dystans którego trzeba się wstydzić.

DALEJ >>>