MARATON ROWEROWY DOOKOŁA POLSKI - 2013




VI dzień - Marianówka - Zieleniec (905m) - Kudowa-Zdrój - przeł. Lisia (790m) - Głuszyca - Lubawka - przeł. Kowarska (775m) - Szklarska Poręba - Świeradów-Zdrój - Zgorzelec - Gozdnica - Lipna



DST 325,9 km - AVS 20 km/h - MAX 62,3 km/h - ALT 3881 m


Po 3h snu, jeszcze nocą ruszam na trasę; szybko docieram do Międzylesia, gdzie zaczyna się długi podjazd do Zieleńca. Pierwsza faza bardzo widowiskowa, po zdobyciu ok. 200m wysokości szosa prowadzi trawersem z którego widać Kotlinę Kłodzką jak na dłoni; tuż przed świtem prezentuje się olśniewająco, z ogromnym dywanem mgieł na dole - jeden z najpiękniejszych widoków na trasie maratonu. Tuż przed świtem robi się bardzo zimno, w pewnym momencie termometr w moim liczniku pokazuje 1'C, a ja miałem tylko krótkie rękawiczki ;)) Ale dopóki się jechało - to nie był to wielki problem, tym bardziej, że większość mojej trasy prowadziła pod górę. Pierwsza część podjazdu do Zieleńca to marniutka droga, na najbardziej nachylonym ok. 10-12% kawałku jest juz niemal szuter, za to od granicy czeskiej zaczyna się już idealna droga.
Po wschodzie słońca temperatura dość szybko zaczyna rosnąć, tak więc na długim zjeździe do Kudowy nie było tak zimno jak się tego obawiałem. Zjazd składa się niejako z dwóch części - najpierw na przełęcz Polskie Wrota, a później krajówką do samej Kudowy. To o tyle ciekawe, że można się pomylić - i z Polskich Wrót zjechać nie do Kudowy, a na Duszniki, a wspominam o tym, bo jeden z uczestników MRDP popełnił właśnie taki dość bolesny błąd ;)). W Kudowie już dość ciepło, więc przebieram się na kolejny wymagający podjazd - tym razem na Lisią Przełęcz, niebrzydką drogą 100 zakrętów. W większości prowadzi przez las, w pewnym momencie odsłania się kapitalny widok na masyw Szczelińca Wielkiego. Zjazd również bardzo kręty i głównie leśny, mija się po drodze kilka kapitalnych skałek. Ale cały charakterystyczny masyw Gór Stołowych jest najlepiej widoczny spod Radkowa, gdy wyjeżdżamy z lasu na otwartą przestrzeń; robi to duże wrażenie. Zaraz za Radkowem zaczyna się kolejna ścianka w stronę Tłumaczowa, po fatalnym asfalcie, chwilami przechodzącym w szuter.
Warto tu zaznaczyć, że cała Kotlina Kłodzka jest wręcz naszpikowana podjazdami, to zdecydowanie najcięższy górski odcinek MRDP. Same podjazdy nie przewyższają skalą trudności tych wcześniejszych - natomiast jest ich zdecydowanie więcej w stosunku do dystansu niż we wcześniejszych masywach górskich; tak więc na sam koniec gór - mamy ich najcięższy odcinek do pokonania. Kawałek za Tłumaczowem spotykam się z Bronkiem Łazanowskim i Mirkiem Kabatem, którzy wyjechali mi naprzeciw z Głuszycy, w zeszłym roku wspólnie przejechaliśmy niemal cały BBTour; w tym roku także myśleli o starcie w MRDP, ostatecznie jednak nie zdecydowali się na to. Wspólnie pokonujemy pagórkowaty i dziurawy odcinek do Głuszycy, nie uległem pokusie jazdy do Głuszycy lepszą i bez gór drogą przez Nową Rudę ;)). W samej Głuszycy zasłużony postój u Mirka, który mieszka przy samej trasie maratonu, mogłem się wykąpać, zjadłem smaczny obiad, pożyczyłem też od Mirka lampkę, bo moja dziś rano w ogóle przestała działać; wielkie podziękowania dla chłopaków za pomoc!
Po przerwie ruszamy wspólnie na Mieroszów zaliczając kolejną większą górę, asfalty rozmaite - i lepsze i mocno dziurawe. Kawałek za Mieroszowem nieoczekiwanie spotykamy Jana Lipczyńskiego, zwycięzcę poprzedniej edycji MRDP, który wyjechał by potowarzyszyć uczestnikom tegorocznego maratonu. Na szczycie górki za Mieroszowem żegnam się z Bronkiem i Mirkiem, Janek potowarzyszył mi do Lubawki, było więc trochę czasu by porozmawiać o tegorocznym starcie Janka w najcięższym kolarskim maratonie świata - czyli amerykańskim RAAM, zdaniem Janka sporo cięższym od MRDP (dwa razy tyle przewyższeń w stosunku do dystansu + ekstremalne temperatury na amerykańskich pustyniach); w tym roku jechał w dwuosobowym teamie; ale myśli także o dużo bardziej wymagającym starcie solo; start w RAAM to niewątpliwie wielkie wyzwanie, niestety potrzeba na to też masę pieniędzy.
Po pożegnaniu z Jankiem zorientowałem że zawiesił mi się GPS, na naprawy straciłem ponad pół h, zamontowałem już nawet zapasowy GPS, który miałem ze sobą na wszelki wypadek, ale w końcu udało mi się przywrócić rowerowego Edge'a do życia (na rower lepszy bo to nie tylko GPS, ale i najlepszy obecnie na rynku licznik w jednym, choć typowe funkcje GPS uboższe). Za Lubawką jest jeszcze krótka ścianka i fajny zjazd, po którym zaczyna się większy podjazd pod przełęcz Kowarską, ten odcinek pokonywałem już w tym roku wraz z Maratonką, w drodze do Pragi. Po zjeździe z Kowarskiej zaliczam dłuższy kawałek przez Kotlinę Jeleniogórską (widoki na Śnieżkę, której wierzchołek kryje się w chmurach), straciłem jeszcze kolejne pół h na wkręconą w kasetę linkę od przerzutki (usyfiłem się przy naprawie jak nieboskie stworzenie); po zakupach w Piechowicach ruszam na ostatni duży podjazd MRDP - czyli Zakręt Śmierci. Od tej strony nigdy tu nie podjeżdżałem, a ścianka jest wymagająca, są odcinki po 12-13%, a w samej końcówce przecinka doprowadza do głównej drogi 18% piłą (większość pewnie ominęła ten kawałek, ale tak prowadził ślad). Z samego zakrętu piękna panorama najwyższego pasma Karkonoszy. Góry opuszczam z mieszanymi uczuciami, z jednej strony teraz będzie trochę łatwiej, ale z drugiej żałuję, że to już koniec, bo jechało mi się tu świetnie; nie tylko nic nie straciłem z dystansu, ale jeszcze i sporo nadrobiłem, przesuwając się na czoło stawki, byłem jedną z nielicznych osób, które nawet w Kotlinie Kłodzkiej dały radę utrzymać tempo ponad 300km dziennie.
A z Zakrętu Śmierci - do Świeradowa czeka mnie niemal 20km jakże zasłużonego zjazdu, z początku dość łagodny, później leci się już ponad 50km/h. Za Świeradowem niestety robi się cienko z drogami, na odcinku do Zgorzelca jest sporo dziur i wąskich dróg. W Zgorzelcu spotykam się na stacji z Wąskim z forum, który zorganizował tu punkt żywieniowy - kolejna całkiem bezinteresowna pomoc na trasie, kolejny raz wielkie dzięki! Najadłem się do syta smacznymi kanapkami, zabrałem jeszcze sporo ze sobą na trasę - i ruszam dalej. Chciałem jeszcze pociągnąć koło 100km, ale okazało się to nierealne; początek jeszcze przeleciał sprawnie - dobra droga wzdłuż Nysy Łużyckiej, ale później zaczął się leśny odcinek, ze stopniowo pogarszającym się asfaltem, a wreszcie w okolicach Ruszowa - słynne lubuskie bruki, bardzo irytujące do jazdy szosówką; czasem jeszcze się trafiały objazdy szutrem z boku, ale czasem trzeba było walić na chama po kostce dobrze pamiętającej jeszcze Niemców... A jako, że bardzo mocno zaczął mnie też łapać sen - uznałem, że lepiej będzie się położyć spać i odcinek z fatalnymi drogami przejechać przy świetle dziennym.

VII dzień - Lipna - Nowe Czaple - Brody - Gubin - Prom Połęcko - Słubice - Kostrzyn - Mieszkowice - Osinów Dolny - Szczecin - Gryfino - Goleniów



DST 341,8 km - AVS 21,4 km/h - MAX 51,6 km/h - ALT 1167 m


Na trasę ruszam tuż po świcie, pierwszy odcinek to piękne leśne tereny wielkiego kompleksu Borów Dolnośląskich, widokowo miejsca kapitalne do jazdy; ale kapitalne tylko wtedy gdy mamy do dyspozycji fulla ;)). Na szosówce przejazd sporą częścią tutejszych dróg to makabra, trzęsie jak cholera, trzeba jechać bardzo wolno, modląc się żeby gumy nie złapać, największa kumulacja bruku jest przed Nowymi Czaplami. Z kolei w położonej nieco dalej miejscowości Brody - w ogóle jest zerwana droga, trwa jakiś remont, kawałek musiałem rower przeprowadzić, a z pół km jechać po piachu, w Gubinie też spory fragment po dziurawej kostce. Zadzwoniłem na prom Połęcko, by upewnić się czy na pewno dziś kursuje - jako, że prom skracał drogę o dobre 20km opłacało się tędy pojechać. Na trasie do promu też kilka kwiatków drogowych było, droga o randze wojewódzkiej chwilami wyglądała jak wjazd na podwórko u pana Miecia...
Przy przeprawie promowej odpoczynek w trakcie którego wcinam ze smakiem wczorajszy prowiant od Wąskiego, w międzyczasie nadjeżdża Adam Wojciechowski, który wyprzedził mnie gdy spałem, a teraz odpoczywał dłużej w Gubinie. Adam śpieszył się do Słubic do sklepu rowerowego, by zakupić dętki, bo podczas bardzo pechowego dopompowywania koła w Lubawce załatwił wszystkie swoje zapasy urywając długie wentyle przeznaczone do obręczy stożkowych. Adam pojechał więc szybciej, ja kontynuowałem trasę do Słubic swoim tempem, po wjeździe na krajówkę wreszcie zaczęła się szybka jazda, bo wiało ze wschodu, a droga była dobra (poza długim odcinkiem bruku w Cybince). W Słubicach długo nie zabawiłem, dociągnąłem do Kostrzyna, gdzie stanąłem na obiad w McDonaldzie, niestety slogan "fast food" w tym wypadku okazał się śmiechem na sali, przez niekompetentną obsługę mającą ciągłe problemy z obsługą komputerów straciłem tu z 15min w kolejce.
Po obiedzie ruszam dalej, cały długi odcinek aż do Osinowa Dolnego przeleciał bardzo sprawnie - wreszcie dobre drogi, wiatr też raczej pomagał, choć w drugiej części już symbolicznie. Przed samym Osinowem długi odcinek lasami, mija się Siekierki, gdzie w 1945 I Armia WP krwawo forsowała Odrę w drodze na Berlin, niestety nie było czasu na oglądanie ładnego cmentarza wojskowego. Nieprzyjemny kontrast z pamiątkami po krwawym zniszczeniu Niemiec stanowiły polskie przygraniczne wioski i miasteczka, gdzie napisy po niemiecku były równie powszechne jak te polskie, a w wielu sklepach płacić można było w euro. W Osinowie ponownie spotykam się z Adamem, który postanowił się tu przespać 2h, ja jadę jeszcze spory kawałek dalej. Za Osinowem mijam Cedynię, na wysokim wzgórzu jest wielki pomnik upamiętniający słynną bitwę z czasów Mieszka I. Parę km za Cedynią jedzie się piękną, nadodrzańską równiną oświetloną promieniami zachodzącego słońca; za Lubiechowem Dolnym zaczynają się już leśne podjazdy w stronę Krajnika, w sumie trzeba wjechać aż na 100m, to największa górka dzisiejszego dnia ;). Niestety w lesie okazuje się, że moja lampka przestała działać, a raczej działa w bardzo upierdliwy sposób, na najmniejszym wyboju przełączając tryby (a są i dwa migające), poza tym te najsilniejsze świecą znacznie słabiej niż powinny. Próby naprawy "na kolanie" nie dały efektu, niestety chińszczyzna spod znaku Mactronica to dość zawodny produkt, awarię prawdopodobnie spowodowała duża liczba fatalnych dróg, które pokonywałem dzisiejszego dnia i liczne wibracje na jakie zamontowana na kierownicy lampka była narażona; to awaria dość typowa dla tej klasy lampek.
Mocno mnie to wkurzyło, bo żeby padła już druga lampka w ciągu 7 dni - to potrzeba sporo pecha. Wysłałem więc SMS-a na stronę z relacjami z prośbą o pomoc w tej sprawie, odzew był błyskawiczny, szybko skontaktował się ze mną 4gotten z forum, spotykamy się kawałek przed Gryfinem; wielkie dzięki za pomoc, bo bez lampki jazda nocna byłaby właściwie niemożliwa. Za Gryfinem zaczyna się długi dobrze oświetlony odcinek w rejonie Szczecina, wyjechał mi naprzeciw Przemek Ruda ze Szczecina, który podobnie jak ja 3 razy ukończył BBTour, przejechaliśmy spory kawałek razem rozmawiając o wrażeniach z wyścigu; kolejne bardzo miłe spotkanie. Pod koniec Szczecina czułem się całkiem dobrze, podczas akcji z lampką, gdy się nieźle wkurzyłem i rozmowy z Przemkiem senność odleciała, więc miałem nadzieję, że uda mi się przejechać spory kawał, może nawet całą noc. Ale nic z tego - już kawałek za Szczecinem senność dopadła mnie ze zdwojoną siłą, jazda w takim stanie nie miała sensu, więc położyłem się spać tuż przed Goleniowem, przypuszczając, że w ten sposób przegram MRDP, bo Adam da radę wyprzedzić mnie o spory kawałek.

VIII dzień - Goleniów - Wolin - Międzyzdroje - Trzebiatów - Kołobrzeg - Mielno - Darłowo - Ustka - Wicko - Gniewino - Przylądek Rozewie



DST 402,6 km - AVS 21,3 km/h - MAX 46,9 km/h - ALT 1645 m


Po 3h snu (razem z rozkładaniem i składaniem obozu schodzi oczywiście więcej czasu) - ruszam na trasę, tuż koło świtu. W Goleniowie toaleta na stacji Orlenu i bocznymi drogami kontynuuję jazdę na Wolin. Powoli zaczyna coraz mocniej wiać ze wschodu, co bardzo źle wróży na dzisiejszą trasę. Ale póki co jest jeszcze z wiatrem, tak więc odcinek do Międzyzdrojów pokonuję dość szybko; tam niestety droga zawraca o 180 stopniu - i przez 350km pozostałe na metę trzeba będzie walczyć z wiatrem, a jeździć pod wiatr serdecznie nie cierpię, dobrze sobie radzę zarówno na deszczu, w górach, jak i w niskich temperaturach, jednym słowem - wszystko tylko nie wiatr...
Ale wyjścia nie było - wszyscy zawodnicy musieli jechać w zbliżonych warunkach. Jak się wkrótce okazało Adam też nie dał rady przejechać całości bez snu, podobnie jak mnie pod Goleniowem zmorzył go sen w okolicach Dziwnowa. Na odcinku do tego miasta jechałem kawałek z sakwiarzem podróżującym wzdłuż polskiego wybrzeża. Dzięki odpoczynkowi Adama udało mi się go nieco wyprzedzić, ale oczywiście za długo nie spał - i wkrótce zaczął się swoisty wyścig do mety, w którym uczestniczyli także Bogdan i Sławek z Gorlic. Jako, że odstępy czasu pomiędzy nami nie były za duże nie miałem większej nadziei, że uda mi się dojechać jako pierwszy, gdy jechaliśmy wspólnie Adam jeździł ode mnie trochę szybciej, poza tym jako kawał chłopa koło 190cm miał nade mną przewagę fizyczną, większa siła na jeździe po płaskim i pod wiatr z pewnością się przydaje. A z kolei chłopaki z Gorlic jechali we dwójkę, co pod wiatr też miało znaczenie, można było jechać na zmianach, nieco mniej się męcząc. Postanowiłem więc maksymalnie ograniczyć postoje, na stacji w Kołobrzegu zakupiłem sporo dużych bułek i batonów, tak by jeść w czasie jazdy.
Ale oczywiście kluczem było utrzymywanie odpowiedniego tempa, jechałem cały czas na granicy swoich możliwości, cały czas w dolnym chwycie; to był jedyny odcinek maratonu, gdzie brakowało mi lemondki, pod wiatr bardzo by się przydała, jadąc z łokciami na kierownicy zyskiwałem nawet do 2km/h na prędkości, ale oczywiście w ten sposób długo jechać się nie dało, bo ryzyko wywrotki było za duże. A wiało cały czas bezlitośnie i czołowo ok. 6-7m/s, prędkość pomimo dużego wysiłku oscylowała w przedziale 20-23km/h, kilometrów ubywało bardzo powoli. W okolicach Mielna był dłuższy odcinek polskimi kurortami - w skrócie bardzo marnie to IMO wyglądało - kupa samochodów i niekończący się ciąg tandetnych bud sprzedających różne towary wczasowiczom, nie wiem jak można w takich miejscach wypoczywać. Kawałek za Mielnem trzeba było przejechać boczną dróżką koło 4km po nierównych betonowych płytach z otworami, kawałek dalej były z kolei długie remonty drogi przed Darłowem.
Odcinek do Ustki już przyjemniejszy, nawet do wiatru już powoli zaczynałem przywykać, na tym odcinku nabrałem wiary w to, że uda mi się dowieźć pierwsze miejsce do mety, bo Adam zatrzymał się na obiad w Dąbkach, chłopaki z Gorlic też mieli większą przerwę. Kawałek za Ustką zaczęło już zmierzchać - i jak to często bywa wiatr wyłączył się niemal całkowicie. Niestety od Smołdzina zaczęły się problemy z kiepskimi drogami, szczególnie gdy wjechałem na drogę wojewódzką do Wicka, która była w marnym stanie. O ile na wczorajszy kawałek pod Goleniowem moja pożyczona lampka jeszcze była OK., to na drogę ze sporą ilością dziur - już zdecydowanie za słaba; generalnie była to słabiutka lampka miejska, z gatunku tych żebyśmy sami byli widziani na drodze, a nie żebyśmy też sami wiele widzieli; oczywiście nie mam tu żadnych pretensji do 4gottena, który mi ją pożyczył, dzięki temu że lampkę w ogóle miałem - mogłem dalej jechać nocą; plułem sobie tylko w brodę, że nie pożyczyłem również lampki od Przemka ze Szczecina (też zaoferował mi pożyczkę). Tak więc w efekcie co rusz wpadałem w jakieś dziury, modląc się by nie złapać gumy, która by mogła pogrzebać moje szanse na zwycięstwo.
Ale szczęście pod tym względem dopisało - gdy wjechałem na teren powiatu wejherowskiego zaczęła się dobra droga, wkrótce spotkałem też Mikiego i Michała z forum, którzy wyjechali samochodem naprzeciw kończącym trasę maratończykom; po chwili rozmowy pojechali w tył by sprawdzić jaką mam przewagę nad Adamem. Gdy okazało się, że jest to aż 18km - byłem już praktycznie pewny, że dowiozę pierwsze miejsce do mety i w końcówce mogłem wreszcie nieco odetchnąć jadąc spokojniejszym tempem, dając chwile ulgi już mocno bolącym ścięgnom w okolicach kostki, po prawie 400km ciągłego zasuwania byłem już bardzo zmęczony. Na metę docieram o 2.16, z łącznym czasem 8 dni 14h i 16min (drugim w historii imprezy); satysfakcja ogromna, przed startem takiego scenariusza nawet w najśmielszych planach nie rozważałem, a tymczasem zupełnie nieoczekiwanie udało mi się wygrać najcięższy polski ultramaraton.
Adam dociera na metę zaledwie 22min po mnie, końcówkę miał prawdziwie imponującą, na odcinku koło 30km utrzymując średnią koło 30km/h - wielkie gratulacje; Adamowi stosującemu inną taktykę noclegową gorzej ułożyły się odpoczynki, ostatni długi nocleg miał w Złotym Stoku, z tego powodu musiał też łapać drzemki w czasie dnia - i wtedy udało mi się go wyprzedzić i utrzymać przewagę do końca, więc kwestia szczęścia miała tu swoje znaczenie. Niecałą godzinę po mnie na mecie meldują się Bogdan i Sławek z Gruppetto Gorlice, tak niewielkie różnice czasowe na dystansie aż 3000km były zaskakujące. Co ciekawe - każdy z nas stosował odmienną strategię noclegową, ja spałem każdej nocy (poza pierwszą) na dziko, Adam jechał bardzo długie odcinki aż do zupełnego zmęczenia i wtedy robił długie odpoczynki na 6-8h, natomiast chłopaki z Gorlic mieli z góry załatwione noclegi na całej trasie, a że były obliczone na bardzo ambitne tempo - to ich mobilizowało do sprawnej i szybkiej jazdy. I jak widać - każdy z tych systemów zdał egzamin, bo czas na mecie mieliśmy praktycznie ten sam.

Podsumowanie

Maraton Rowerowy Dookoła Polski to bez wątpienia wyścig prawdziwie morderczy, skalą trudności zdecydowanie przebijający BBTour, w którym miałem również przyjemność startować. Znaczenie ma tu przede wszystkim czas trwania imprezy - jazda przez 9-10 dni na pełnych obrotach jest dużo trudniejsza niż przez 2-3 dni, umiejętność walki ze snem staje się podstawową sprawą; do tego trasa jest bez porównania trudniejsza - o niebo więcej gór, gór dużo cięższych niż łatwa bieszczadzka końcówka BBTour, ponadto zupełnie inaczej przedstawia się kwestia jakości dróg, o ile na "Bałtyku" drogi są generalnie bardzo dobre - to na MRDP jest mnóstwo fatalnych nawierzchni, z dziurami, nierównościami i tragicznymi lubuskimi brukami; takich odcinków zbierze się w sumie ładnych kilkaset km. Tak więc wielokrotnie jazda na sztywnym rowerze szosowym z wąskimi oponami nie pomagała, a wręcz przeszkadzała; tak naprawdę lepszym rowerem na tego typu trasę byłby rower przełajowy, bądź uszosowiony góral z amortyzatorem (używał takiego np. Daniel Śmieja). Osobiście przejechanie tej wymagającej trasy okupiłem poważnym zdrętwieniem obu dłoni, w lewej ręce tak silnym, że mam problemy z zawiązywaniem sznurowadeł, zapinaniem guzików czy używaniem sztućców; a tego typu drętwienie ustępuje bardzo powoli, to kwestia nawet kilku miesięcy. Gdy jedzie się spokojniej, jak na wyprawach - to jest czas na przestawianie sylwetki na rowerze, reagowanie na takie problemy, ale gdy trzeba zasuwać tak jak na MRDP - to ryzyko takich kontuzji rośnie, przecież nikt nie zrezygnuje z jazdy po 5-6 dniach, bo mu trochę ręka drętwieje; jak to się mówi - "gdzie drwa rąbią - tam wióry lecą".
Parę słów o moich przygotowaniach do tej imprezy - bo te dla wielu osób o typowo sportowym podejściu do roweru z pewnością okażą się bardzo nietypowe. Jak wspominałem - w ogóle nie trenuję w jakiś zaplanowany i zorganizowany sposób; jazda wg ściśle określonego planu treningowego - to nie dla mnie, szybko bym się w ten sposób znudził, a frajda jaką mam z jazdy - to jest to co kocham w rowerze. Gdy przejrzałem sobie moje wszystkie tegoroczne jazdy - to okazało się, że na żadnej ze swoich tras ANI RAZU nie miałem średniej powyżej 30km/h, cały czas jeździłem tempem turystycznym, najczęściej w przedziale 20-25km/h. Natomiast jeździłem bardzo dużo, przejechałem w tym roku ponad 15tys, pokonując wiele tras w okolicach 200km, najczęściej z bagażem; zaliczyłem wymagającą, typowo górską (całe Pireneje) wyprawę na Gibraltar - jednym słowem postawiłem przede wszystkim na wytrzymałość.
I zgodnie z moimi przewidywaniami właśnie wytrzymałość okazała się na MRDP parametrem kluczowym, umiejętność jazdy z dużymi prędkościami średnimi miała znaczenie tylko na początku trasy, a i wtedy trzeba było z niej korzystać z głową, np. chyba najmocniejszy ze wszystkich zawodnik Radek Tusiński maraton zaczął tempem prawdziwie imponującym, długo samodzielnie utrzymywał się na czele, ale już przed Przemyślem zapłacił kontuzjami za swój brak doświadczenia na tej długości trasach - i w efekcie maratonu nie ukończył; gdyby sensowniej rozłożył siły, z pewnością by się mógł liczyć do końca. Szybsza jazda ma swoje plusy, ale też i najczęściej wiąże się z koniecznością częstszych odpoczynków; a co z tego że przejedziemy dany odcinek szybciej, jak czas brutto wyjdzie nam dłuższy? Oczywiście najlepiej jest łączyć umiejętność szybkiej jazdy z dużą wytrzymałością, z tego powodu przed wyścigiem moim cichym faworytem był Waxmund, który umie jeździć szybko, a w tym roku przejechał aż 8tys wymagającej wyprawy na Syberię, co dało potrzebną wytrzymałość. I rzeczywiście Piotrek na początku wyścigu jechał świetnie, cały czas w czołówce, niestety później w górach wyraźnie wysiadł, a 1-2 kryzysowe dni przekreślają szanse na miejsce w czołówce, bo takich strat już się nie da nadrobić. Natomiast ja właśnie w górach najwięcej zyskałem, cały czas utrzymywałem tempo ponad 300km dziennie - co pozwoliło mi się przesunąć na czoło stawki i w efekcie nieoczekiwanie nawet wygrać maraton. W drugiej części maratonu kluczową sprawą stała się odporność na brak snu, osoby, które dobrze sobie z tym dawały radę - niewątpliwie zyskiwały, równie ważna była odporność psychiczna, bo trzeba ogromnych pokładów motywacji by po zaledwie 3-4h snu zmusić się do wielogodzinnej jazdy po górach.
Ale nie miejsca w tej imprezie były istotne, takie same brawa należą się wszystkim, którzy tę morderczą imprezę ukończyli w 10 dniowym limicie, a również i tym co ukończyć nie dali rady, ale do mety dotarli (Transatlantykowi zabrakło zaledwie godziny!) - to przede wszystkim wielka przygoda, przygoda która na długo zostanie w pamięci, ten maraton miał w sobie wiele z wyprawy rowerowej, przede wszystkim wymagał pełnej samodzielności na trasie - nie było żadnych zorganizowanych punktów kontrolnych, to sami zawodnicy decydowali ile czasu poświęcą na odpoczynki i jedzenie, gdzie i ile będą spali; tak więc strategia jazdy miała tu spore znaczenie. Przemierzyliśmy całą Polskę, mieliśmy przegląd mnóstwa polskich krajobrazów i krain geograficznych, pokonaliśmy płaskie Żuławy, Wysoczyznę Elbląską, jedne z piękniejszych mazurskich dróg, całą ścianę wschodnią, wreszcie za Przemyślem zaczynają się góry - od Bieszczadów po Sudety z masą wspaniałych widoków; a po górach jeszcze bardzo długi odcinek wzdłuż zachodniej granicy, z pięknymi lasami i brukowanymi drogami; a kończyliśmy trasę ponad 300km odcinkiem polskiego wybrzeża. Atmosfera w czasie maratonu była na medal, oczywiście większość osób starała się wypaść jak najlepiej, ale nie było żadnej nieprzyjemnej napinki z tym związanej; rywalizacja miała czysty charakter sportowy i w duchu fair, np. Adam opowiadał mi jak to po swoim pechowym uszkodzeniu wszystkich dętek - Sławek i Bogdan z Gorlic zawrócili kilka km z trasy by mu dowieźć swój zapas.
Jeszcze inna sprawa - to postawa wielu kibiców, byłem szczerze zaskoczony bardzo dużym odzewem z tej strony, ludzie z naszego forum sakwiarskiego organizowali punkty żywnościowe, dojeżdżając na nie spory kawał samochodami, spotykałem rowerzystów z Bikestats, znajomych z BBTour i innych śledzących zmagania na trasie, dzięki sensownie pomyślanej relacji SMS; w razie kłopotów zawsze można było liczyć na pomoc - gdy np. straciłem drugą lampkę, błyskawicznie udało się załatwić kolejną. Tak więc jeszcze raz - wielkie podziękowania dla wszystkich kibiców wspierających rowerzystów, pomoc z tej strony bardzo ułatwiła nam jazdę!