MARATON ROWEROWY DOOKOŁA POLSKI 2013




Wstęp

MRDP, czyli Maraton Rowerowy Dookoła Polski - to najcięższy i najdłuższy rowerowy ultramaraton rozgrywany w Polsce, jeden z najbardziej wymagających na świecie. Trasa liczy sobie 3130km, ale nie sama długość jest tu głównym wyzwaniem - a bardzo wyżyłowany limit czasowy, czyli 10dni. Trasa maratonu prowadzi z grubsza wokół granic Polski - a to oznacza, że niemal 1000km trzeba pokonać po górach, wzdłuż południowej granicy, co znacząco podnosi poziom trudności. Impreza rozgrywana jest w cyklu 4-letnim, dotąd odbyły się dwie edycje - w 2005 (wystartowały i ukończyły 2 osoby) i 2009 (wystartowało 9 osób, ukończyło 5).
W 2009 dokładnie śledziłem przebieg rywalizacji na trasie, powoli coraz bardziej wciągała mnie jazda na maratońskich dystansach, ale wówczas byłem jeszcze zdecydowanie za słaby na taką imprezę, koncentrowałem się przede wszystkim na jeździe turystycznej z sakwami. Przez te 4 lata rozwijałem swoją pasję, nie rezygnując z turystycznej jazdy, ale zmieniając nieco jej charakter, nadając wyprawom nieco bardziej sportowe oblicze, z dość długimi dystansami dziennymi, z dużą ilością gór. Nie było to spowodowane jakimiś założeniami treningowymi, trenować nie lubię i nie zamierzam, uważam że ścisły reżim treningowy odbiera za dużo przyjemności z jazdy, a jazda to ma być przede wszystkim zabawa, a nie nudne wypełnianie planu treningowego. Oprócz jazdy z sakwami przejechałem także mnóstwo długich tras "na lekko" - zaliczając m.in. bezpośrednio z Warszawy Wilno, Pragę, Rygę, Budapeszt, Lwów i Berlin, ponadto 3-krotnie ukończyłem najbardziej znany polski ultramaraton- czyli Bałtyk-Bieszczady Tour 1008km. Z takim doświadczeniem można już było poważnie myśleć o starcie w MRDP, aczkolwiek ta impreza skalą trudności zdecydowanie przerasta inne moje wyjazdy - stąd przygotowując się do startu zachowywałem wiele pokory, jako jedyny cel stawiając sobie ukończenie maratonu w limicie 10dni. Znaczenie miała tu przede wszystkim długość trasy i czas jazdy, wytrzymać aż przez 10dni tak duże obciążenia - to wielkie wyzwanie, duże ryzyko kontuzji, zmęczenia. Bardzo dużą rolę odgrywa też psychika, nie można łatwo wymiękać, trzeba znaleźć w sobie motywację do jazdy nawet wtedy gdy wszystko boli, gdy zasypia się na stojąco itd.

I dzień - [PL] - Przylądek Rozewie - Gdańsk - Prom Świbno - Elbląg - Braniewo - Górowo Iławieckie - Bartoszyce - Sępopol - Węgorzewo - Gołdap - Wiżajny - Sejny - Lipsk - Sokółka - Supraśl - Michałowo



DST 642,2 km - AVS 24,4 km/h - MAX 49,4 km/h - ALT 3309 m


Na starcie tegorocznej edycji stawiło się 19 osób - sporo więcej niż podczas poprzednich edycji, widać że długodystansowe kolarstwo z roku na rok cieszy się coraz większą popularnością. Przed startem Dyrektor Maratonu (a jednocześnie i jeden z zawodników) - Daniel Śmieja przeprowadza krótką odprawę, maraton jest rozgrywany w formule non-stop, czyli zawodnicy sami decydują ile śpią, ile czasu poświęcają na postoje i odpoczynki - na mecie liczy się czas łączny. Ściśle natomiast należy się trzymać trasy maratonu, dowodem na przejechanie trasy ma być log z gps, a w razie awarii urządzenia pieczątki, bądź zdjęcia z punktów kontrolnych (których jest na całej trasie 39). Bardzo udanym pomysłem jest też relacja SMS, dzięki której można śledzić poczynania wszystkich zawodników na trasie, w ten sposób można zawrzeć nie tylko suche informacje o pozycji, ale i także trochę wrażeń z jazdy.
Punktualnie o 12 ruszamy całą grupą spod latarni na Rozewiu, pierwszy odcinek to ok. 4km niewygodnej kostki do Władysławowa. A ta bardzo szybko daje mi popalić - w wyniku wibracji wypada mi ciężki, litrowy bidon - i oczywiście natychmiast wpada pod jadący samochód ;). Trochę mnie to wkurzyło bo dwa duże bidony to spora wygoda na trasie, często w jednym wożę wodę, w drugim jakiś słodki napój. Parę osób oferowało mi pożyczenie swoich bidonów - dzięki, ale zależało mi na pojemnym litrowym bidonie; dowiedziałem się, że będziemy przejeżdżać w Gdyni tuż obok dużego sklepu rowerowego - tam postanowiłem kupić bidon.
Pierwsze 90km na start ostry za promem Świbno - miało być wspólnym przejazdem spokojnym tempem, ale faktycznie okazało się niezłą szarpaniną pod silny, południowy wiatr, tempo nieraz przekraczało 30km/h, grupka się rwała itd. W Gdyni jeszcze dodatkowo się naszarpałem goniąc grupę po zakupie bidonu. Niestety przy tego typu jeździe często bierze górę myślenie "stadne" i zaczęły się akcje z jazdą na czerwonych światłach itd., było parę niebezpiecznych sytuacji, wreszcie w bodajże 3 osoby na jednym ze świateł zostaliśmy z tyłu, reszta na nas nie poczekała, dogoniliśmy ich dopiero pod sklepem, kawałek przed promem. Wisłę przepływamy więc wspólnie (brakowało tylko Mareckiego, który jechał sporo wolniejszym tempem) - tutaj jest start ostry i tempo od razu zdecydowanie rośnie, szybko osiągając poziom rzędu 35-36km/h. Jednym słowem - znowu jazda typowa dla "koksików", którzy mają mocne nogi, ale zdecydowanie za gorące głowy, takie tempo na liczącym 3000km maratonie wiele sensu nie ma. Jak ktoś czuje się mocny - to oczywiście tyle może pociągnąć, wyjeżdżając samemu przed grupę, ale tutaj tyle jechała niemal cała grupa. Efekt był łatwy do przewidzenia - grupa szybko się rozpadła, gdyby zamiast takiego ciśnięcia jechać sensownym tempem 30-31km/h, to w efekcie byłoby szybciej, więcej osób na zmiany; ale takie sytuacje mają miejsce na niemal każdym ultramaratonie, jazda typu "koksik" na samym starcie jest częstym zjawiskiem ;).
Jako, że na MRDP zakładałem przede wszystkim jazdę swoim własnym tempem, więc dość szybko opuściłem grupę, zdając sobie sprawę że i tak sporą część z nich dogonię przed ranem, bo za za szybkie tempo prędzej czy później płaci się długimi postojami i zmęczeniem. Na tym odcinku spory kawałek jedziemy razem z Transatlantykiem, na podjazdach za Elblągiem nieoczekiwanie zaczynają mnie łapać skurcze, nie mogę już stanąć na pedałach - to wynik za szybkiego początku i mocno szarpanej jazdy na całym odcinku z Rozewia, pomogło też podwyższenie siodełka. Pod wieczór, po 165km stajemy na obiad w restauracji we Fromborku, trochę nam się tu zeszło ze względu na długie oczekiwanie na obiad, zmierzch łapie nas kawałek przed Braniewem.
Tutaj zaczynają się długie kilometry pustki wzdłuż rosyjskiej granicy, niewiele wiosek przy drodze - ale jako, że wyłączył się wiatr jedzie się całkiem przyjemnie, a drogi lepsze niż oczekiwałem w tym rejonie. Choć nie aż tak dobre - na trasie spotykamy Krzyśka Weszczaka i Wojciecha Wieczorka gdy kończą zmianę gumy. Kawałek pojechaliśmy wspólnie, ale wkrótce zostali nieco z tyłu. W Górowie trafiliśmy jeszcze na otwarty sklep, gdzie uzupełniliśmy zapasy - i kontynuujemy nocną jazdę do Bartoszyc. Tam Marek zgodnie ze swoim planem decyduje się zostać na nocleg - ja natomiast postanawiam przejechać całą noc; jako, że wiozłem ze sobą namiot miałem ten komfort, że w razie gdyby mnie zaczął morzyć sen - mogłem w miarę wygodnie przenocować wszędzie. Za Bartoszycami mało ciekawy odcinek - dużo dziur, nocą takie kawałki jedzie się cieniutko; gdzieś przed Węgorzewem spotykam jeszcze WujkaG (Wojtka Gubałę), który sprytnie zamelinował się na przystanku ;)). Przed Węgorzewem droga w remoncie, sporo wahadeł, sporo nierówności na drodze, w samym mieście na całodobowej stacji spotykam Adama Wojciechowskiego i Marcina Koseskiego. Spotykamy się ponownie w Baniach Mazurskich, po objeździe drugiej części remontu. Już w świetle dziennym kontynuujemy jazdę, kawałek stąd aż pod Sejny bardzo ciekawy, sporo górek, sporo lasów, szybko wychodzi piękne słońce. Niestety wyraźnie przeszkadza wiatr, wiejący głownie z południa, trochę też i ze wschodu. Marcin trochę został za nami, we dwójkę z Adamem sprawnie i bez postojów docieramy aż do Sejn (po drodze miły akcent z kibicami maratonu przy drodze), tutaj robimy dłuższy, zasłużony popas. Następny kawałek to jazda lasami Puszczy Augustowskiej - kawałek krajówką wygodny, bo gęsty las blokuje wiatr, ale po zjeździe z krajówki zaczął się długi odcinek fatalnego asfaltu, w lesie spotykamy Stasieja (Stanisława Ruchlickiego), który tutaj zrobił sobie dłuższy postój. W trójkę docieramy do Lipska, po wyjeździe z lasów - silny, czołowy wiatr daje nam nieźle popalić, do tego doszedł upał koło 33-34'C.
W Lipsku dłuższy popas, ruszam na trasę nieco wcześniej niż Adam, który nieco się odwodnił, morduję się pod wiatr do Dąbrowy Białostockiej, za tym miastem na szczęście jest już lepiej, teren daje dość dobrą osłonę przed wiatrem, sporo zabudowań i wiosek przy drodze. Droga po płaskim jak stół rejonie Sejn i Augustowa znowu staje się pagórkowata, małych góreczek jest mnóstwo. Za Sokółką ładny leśny odcinek do Supraśla, gdzie mieliśmy perfekcyjnie urządzony przez Łatośłętkę i jego żonę Asię punkt popasowy. Szybki prysznic, bardzo przyjemny po tak upalnym dniu, niezła wyżerka w lokalnej restauracji jeszcze porządna wałówka na drogę - wielkie dzięki za pomoc na trasie, bardzo było mi miło poznać Asię osobiście!
Za Supraślem chciałem jeszcze kawałek pociągnąć, spory odcinek jedzie się tutaj lasami, po zjeździe z krajówki na Bobrowniki wyprzedził mnie Adam, który również odpoczywał w Supraślu i który postanawia jechać również i drugą noc z rzędu! Ja już byłem na to zdecydowanie za bardzo zmęczony, coraz mocniej łapał mnie sen, tempo coraz bardziej spadało. Trochę po zmierzchu docieram do Michałowa i postanawiam się rozłożyć na noc tuż za miastem, kończąc ten bardzo długi dzień.

II dzień - Michałowo - Narewka - Hajnówka - Kleszczele - Siemiatycze - Terespol - Kodeń - Włodawa - Dorohusk - Zosin - Hrubieszów



DST 375,6 km - AVS 23,6 km/h - MAX 41,3 km/h - ALT 976 m


Spałem twardo 5h, na trasę ruszam koło 2 w nocy, pierwszy kawałek w rejonie Narewki jeszcze ze sporą ilością dziur, tutaj daje się zauważyć braki w moim oświetleniu, lampka, której używałem normalnie na całonocnych trasach sprawdzała się dobrze na przyzwoitym asfalcie, ale na bocznych drogach z dziurami przydałoby się już coś zauważalnie mocniejszego. Ale cos za coś - silne lampki są na dedykowane baterie, a z ładowaniem takowych na tego typu trasie są problemy, a baterie AA kupi się wszędzie. Przed Hajnówką wraca dobry asfalt, powoli zaczyna też świtać. Na odcinku do Kleszczeli przez długie kilometry ciągną się remonty, jest ruch wahadłowy - ale co najważniejsze zupełnie zmieniła się pogoda, wg wczorajszych prognoz dalej miało mocno wiać z południa, a tymczasem wiatr jest symboliczny, chwilami nawet popaduje; na całe szczęście synoptyków mamy jakich mamy :))
Odcinek do Siemiatycz całkiem przyjemny, sporo lasów, lekkie pagóreczki, w mieście robię zakupy, a na postój staję koło stacji benzynowej. Podczas odpoczynku nadjeżdża Waxmund (Piotr Waksmundzki), który nocował w Kleszczelach, jedzie dalej swoim tempem. Wkrótce i ja ruszam dalej, odcinek do Sarnaków po ruchliwej krajówce, dalej zaczyna się ładny odcinek do Terespola, dobre asfalty i przyjemna, mało ruchliwa droga przy wschodniej granicy. Kawałek przed Terespolem spotykam się ponownie z Waxmundem, postanawiamy wspólnie dojechać do Kodnia na obiad w Domu Pielgrzyma, gdzie jadłem podczas ostatniego wypadu po gminy. Za Terespolem niestety powoli psuje się droga, na asfalcie co prawda wielu dziur nie ma, ale za to są jeszcze gorsze wybrzuszenia i nierówności, na których rower co chwile skacze. Po 200km w nogach zatrzymujemy się w Kodniu, sprawnie wcinamy spory, dwudaniowy obiad połączony z dłuższym popasem. Na trasę Piotrek rusza trochę przede mną, przy takim dystansie najwygodniej jedzie się swoim własnym tempem, jazda na kole już za wiele nie daje.
Kolejne kilometry - to jazda ścianą wschodnią, tuż przy samej granicy na Bugu, niestety rzekę bardzo rzadko widać. Powoli robi się solidny upał, w rejonie Włodawy już koło 34'C. Drogi raz lepsze, raz gorsze, kolejny postój mam w Woli Uhruskiej, gdzie spotykam ponownie odpoczywającego Waxmunda. Za Wolą Uhruską coraz bardziej psuje się szosa, apogeum jest na odcinku od Dorohuska do Zosina - droga tragiczna, zarówno dziury jak i masa wybrzuszeń, bardzo to utrudnia jazdę. Do Zosina (najbardziej na wschód wysunięte miejsce w Polsce) dojeżdżam już nocą, z wielką ulgą wjeżdżam na doskonałą krajówkę do Hrubieszowa. Już bardzo zmęczony pokonuję 20km pozostałe do tego miasta, tam w pizzeri wcinam drugi tego dnia obiad. Wyjeżdżam kawałek za miasto i rozkładam się na noc w lesie. Z początku maratonu jestem zadowolony - udało mi się zrealizować plan maksimum, zrobiłem sobie solidny zapas kilometrów przed górami, gdzie osiągnąć 300km będzie raczej trudno; trochę się obawiam czy wysiłek, który w to włożyłem nie będzie ciężarem podczas kolejnych dni na trasie.

III dzień - Hrubieszów - Tomaszów Lubelski - Radymno - Przemyśl - Arłamów - Ustrzyki Górne - Cisna



DST 306,3 km - AVS 22,6 km/h - MAX 63,3 km/h - ALT 2827 m


W nocy spałem marnie, planowałem przespać 4h, ale faktycznie spałem przez jakieś 2h. Na trasę ruszam trochę przed świtem, droga do Tomaszowa prowadzi ładnymi pagórkami, przed samym świtem widoki są kapitalne - na dole, w dolinkach gromadzi się sporo mgły, ma to wiele uroku, takie pejzaże są najlepszą nagrodą dla tych, którzy tak wcześnie ruszają na trasę. Po wczorajszych dziesiątkach km dziur nawierzchnie znacznie się poprawiły, województwo podkarpackie pod tym względem znacznie przerasta fatalnie zarządzane lubelskie, gdzie dróg się prawie nie remontuje. Sprawnie docieram na postój do Lubaczowa, tutaj na niebrzydkim rynku staję na dłużej, jest już całkiem ciepło. Następnie bocznymi drogami jadę w kierunku Radymna, tam wjeżdżam na krajówkę i pokonując kolejne, coraz wyższe pagórki jadę na Przemyśl. Samo miasto fajnie położone w kotlince, wjeżdża się do niego szybkim zjazdem. Robię krótką rundkę po centrum - i staję na obiad w pizzeri, spotykając tutaj trójkę rowerzystów z Gorlic, którzy jako jedni z nielicznych jadą całą trasę wspólnie - ma to swoje plusy, ma i minusy.
Po obiedzie i krótkiej chwili rozmowy - z chęcią ruszam dalej, bo za Przemyślem wreszcie zaczynają się prawdziwe góry. Na pierwszy ogień idzie podjazd za Fredropolem na 400m, z solidną ścianką 10%, krótki fragment drogi jest w remoncie. Zjazd podczas którego wytracam niemal całą wysokość - i zaczyna się kolejny, chyba największy w Bieszczadach podjazd pod Arłamów, w sumie na prawie 600m. Tam trwa jakiś remont i dziurawą drogą (z kolejną solidną ścianą po drodze) przebijam się do trasy na Krościenko. Tutaj dogania mnie Adam Wojciechowski, którego ostatnio widziałem 2 dni temu, Adam stosuje zupełnie inny system jazdy - długie odpoczynki po nawet 8h, pozwalające na pełną regenerację, ale za to robi dłuższe przebiegi, z całonocną jazdą. Kawałek pojechaliśmy wspólnie, ale Adam jechał trochę szybciej, a ja wolałem trzymać swoje tempo, niż męczyć się tempem dla mnie nieco za szybkim; inaczej też wypadały nam postoje.
Od Ustrzyk Dolnych wjeżdżam na obwodnicę bieszczadzką i odcinek doskonale znany z BBTour, zaliczając podjazdy pod Żłóbek (640m) i przed Lutowiskami (ok.730m). Na zjeździe z tego drugiego zaczyna lekko popadywać i w drobnym deszczu dojeżdżam do Ustrzyk Górnych. Ale tym razem nie ma tu mety jak na BBTour, mimo, że kilometrów w nogach więcej - to ledwie trochę ponad 1/3 trasy ;)). Chciałem zrobić zakupy w sklepie, ale kolejka była na dobre 15min - więc ruszyłem dalej w góry, na najbardziej widowiskowy kawałek w Bieszczadach, czyli przejazd przez przełęcze Wyżniańską (855m) i Wyżną (872m), szkoda że BBTour nie prowadzi tą trasą z Leska, bo ten kawałek jest z pewnością sporo ciekawszy niż droga przez Ustrzyki Dolne. Widoki piękne, uroku dodawała też pogoda - co jakiś czas grzmiało i straszyło deszczem, a zza chmur przebijało się słońce. Po długim zjeździe do Wetliny trzeba jeszcze zaliczyć krótką ściankę pod małą przełęcz, doganiam tutaj Daniela Śmieję, który narzeka na problemy żołądkowe, jedzie głównie na słodyczach, w szczególności żelkach typu "miśki" (sic!), ale w wyniku zmiany składu wypaliły mu język. Ja słodycze starałem się stosować w ograniczonym zakresie stawiając przede wszystkim na normalne jedzenie. Po 300km o zmierzchu docieram do Cisnej, tutaj opylam solidny obiad, także i Daniel się tu zatrzymał na jedzenie, ale nie bardzo mu podeszło.
Pomimo, że planowane 300km przejechałem - zastanawiałem się czy nie pociągnąć kawałek, bardzo ambitnym celem był Nowy Żmigród, gdzie mieszkał Senes z forum, niestety nie odpowiedział na mój telefon i sms. Ale gdy ruszyłem z Cisnej zaczęło się jechać fatalnie, bolał mnie tyłek, łapał mnie sen, wlokłem się bardzo powoli. Uznałem, że taka jazda wiele sensu nie ma, lepiej wypocząć i ruszyć na trasę z normalnymi siłami, rozkładam się na biwak przy drodze, kawałek za Cisną.

IV dzień - Cisna - Komańcza - Dukla - Gorlice - Muszyna - Piwniczna-Zdrój - Krościenko n. Dunajcem - Łapszanka (950m) - Głodówka (1120m) - Zakopane - Jabłonka - Przeł. Krowiarki (1012m) - Stryszawa - Ślemień



DST 419,5 km - AVS 20,4 km/h - MAX 54,3 km/h - ALT 4551 m


Planowałem spać koło 3h, ale akurat zerwał się dość mocny wiatr, który łopocząc namiotem przeszkadzał we śnie, w efekcie czego spałem zaledwie koło godziny. Zmuszenie się w takich chwilach do dalszej jazdy - to nie lada wyzwanie, ale właśnie krótszym snem można tu sporo zyskać. Tak więc na trasę ruszam w środku nocy, obawiałem się tego odcinka, bo parę razy już go pokonywałem i w pamięć zapadły mi solidne dziury. Tymczasem okazało się, że pod tym względem wcale nie jest źle, poprawiono spore odcinki tej szosy, co znacznie ułatwiło nocną jazdę. Natomiast pogoda nie za ciekawa - dość mocny, oczywiście przeciwny wiatr. W górskim terenie nie przeszkadza tak jak na płaskim, niemniej na pewno jazdy nie ułatwia. Dość sprawnie pokonuję pagórkowate odcinki do Komańczy i kolejny do Tylawy, później kawałek ruchliwą nawet nad ranem krajówką ze stadami tirów. W Dukli staję na całodobowej stacji benzynowej, trzeba było wyjechać koło 1km na północ od trasy maratonu.
Już po świcie ruszam na bardziej płaski odcinek do Gorlic, tutaj wiatr bardziej daje się we znaki, zupełnie płasko też bynajmniej nie jest, co rusz trafia się jakiś podjazd. W rejonie Gorlic i tak już kiepska pogoda zaczyna się coraz bardziej psuć, początkowo delikatne opady przeradzają się w regularną ulewę. Przebieram się więc na przystanku w strój przeciwdeszczowy i ruszam na trasę, bo deszcz nie wyglądał na taki co może szybko minąć. Kawałek za Gorlicami zjeżdżam z głównej trasy, szybko zaczynają się góry - i to góry dużo solidniejsze niż wczorajsze Bieszczady, wysokości może mniejsze, ale za to nachylenia podjazdów imponujące, pierwszy podjazd za Ropą dochodzi do 12-13%, ale prawdziwa rzeźnia jest na drugiej ściance za Banicą, tutaj po skręcie przy kościółku jest aż 18%, a i na drugiej części tego podjazdu (w sumie na ponad 700m) długo trzyma po 11-13%; jednym słowem - nie jest lekko, bo cały czas leje równo. Na jednym z podjazdów mijam ponownie Daniela Śmieję, który wczoraj pociągnął sporo dalej niż ja, aż w rejon Gorlic; w kwestii noclegów stosuje rozwiązania równie ciekawe jak metody żywieniowe - sypia tylko w folii NRC i to z reguły zaledwie 2h; mało kto po takim odpoczynku byłby się w stanie zregenerować, ja jednak wolę targać więcej i mieć trochę lepsze warunki do spania; ale to już sprawa indywidualna, Danielowi jego system sprawdzał się całkiem przyzwoicie.
Ze szczytu nad Tyliczem zaczyna się długi, ok. 20km zjazd do Muszyny, nieprzyjemny, bo temperatura oscyluje koło 10'C, co w połączeniu z deszczem potrafi wychłodzić. Z ulgą docieram więc do Muszyny, na rynku staję w barze na podwójną porcję pierogów i ciepłą herbatę; w barze spotykam nieco zaskoczonego moją obecnością Waxmunda, dzięki nocnej jeździe udało mi się nadrobić sporo dystansu, bo czołówka dała wczoraj radę dociągnąć aż w rejon Gorlic. Ruszam jakieś 15min po Waxie, cały odcinek dolinami Popradu i następnie Dunajca - to ciężkie warunki, deszcz i zimno; w normalnych okolicznościach to całkiem widokowe trasy, ale przy takiej pogodzie wydawały się mało ciekawe, mocno mnie tutaj mulił sen, ciężko było się zmobilizować do jazdy. Niemniej twardo jechałem cały czas naprzód nie tracąc czasu na postoje, za Krościenkiem wreszcie zaczynają się ciekawsze tereny - 14% podjazd za Hałuszową, widokowy zjazd nad jezioro Sromowieckie ze świetnie widocznym zamkiem w Niedzicy i ogromną tamą na jeziorze Czorsztyńskim. Mimo trudnych warunków jechało mi się doskonale, nie czułem bólu mięśni, kolejne góry połykałem jak świeże bułeczki. A za Niedzicą zaczęły się największe góry MRDP - czyli podjazd pod Łapszankę z kapitalną 13% ścianką w końcówce (gdyby nie ta pogoda to z grzbietu mielibyśmy wspaniałą panoramę Tatr). Po ciekawym zjeździe wąskimi uliczkami jest kolejny podjazd - najpierw przez Bukowinę, a z ronda jeszcze wyżej - na Głodówkę (1120m), która była najwyższą górą MRDP, tegoroczna edycja w tym rejonie była wiele trudniejsza niż ta sprzed 4 lat - ale też o niebo ciekawsza niż jazda główną drogą na Nowy Targ i wjazd do Zakopanego od Poronina.
Podjazd pod Głodówkę bardzo klimatyczny - chwilami wjeżdżało się w chmury, temperatura poniżej 10'C, miało to mnóstwo uroku, dla mnie jedne z najpiękniejszych chwil na trasie całego MRDP. Na podjeździe pod Głodówkę miła niespodzianka - na uczestników maratonu czekali kibice w samochodzie, na szczycie poczęstowali mnie gorącą herbatą i bananami, bardzo miły akcent; jak się wkrótce okazało - w tym momencie jechałem na samym czele maratonu, a to niewątpliwie dodawało wiatru w żagle. Kontynuuję jazdę do Zakopanego, do stolic Tatr wjeżdżamy wymagającym wariantem przez Wierch Poroniec, nie jest więc tu jedynie w dół. W Zakopanem staję na dłuższe zakupy w sklepie, połączone z krótkim postojem, w czasie pakowania mignął mi jeszcze przejeżdżający Waxmund, wtedy ostatni raz widziałem go na trasie. Z Zakopanego wyjeżdżam przez Kiry, kawałek za Chochołowem łapie mnie zmrok i już nocą jadę w stronę Krowiarek. W międzyczasie znacznie poprawiła się pogoda, od Zakopanego przestało już padać, a nocą wyszedł piękny księżyc w pełni. Wiązało się to z ochłodzeniem do zaledwie 7'C, ale jechało się bardzo przyjemnie, na podjeździe pod Krowiarki kilkukrotnie oglądałem się za siebie myśląc, że zbliża się do mnie samochód - a tymczasem okazywało się, że to księżyc tak mocno świeci ;)).
Na przełęczy kontaktuję się z Cimanem, w sprawie noclegu w Żywcu, bo po 250km w deszczu nie bardzo uśmiechał mi się nocleg pod namiotem. Z Krowiarek długi zjazd do Zawoi, po czym krótki, ale dość ostry podjazd pod przełęcz Przysłop, w Stryszawie wjeżdżam na drogę do Żywca. Jako, że strasznie już mnie mulił sen podczas postoju na stacji próbowałem w siebie wmusić czarną kawę, ale było to takie świństwo, że nie dałem rady tego przełknąć (w ogóle nie pijam kawy). Droga do Żywca jest mocno pagórkowata, jest sporo pod górę, chciałem dociągnąć do miasta, bo zależało mi na noclegu na kwaterze - ale muliło mnie już tak mocno, że nie dałem rady, obawiając się że na którymś ze zjazdów wylecę z drogi postanowiłem jednak rozbić namiot przy drodze i wreszcie się przespać.
Był to kluczowy dzień dla mojego udziału w MRDP, w naprawdę kiepskich warunkach (dobre 250km w deszczu) dałem radę przejechać aż 420km w górskim terenie, zaliczając 4500m w pionie; dzięki dobrej postawie w górach i odporności na warunki atmosferyczne dość nieoczekiwanie przesunąłem się na samo czoło stawki, od tego momentu uwierzyłem, że mam szanse nie tylko maraton ukończyć, ale i zająć miejsce w czołówce.

V dzień - Ślemień - Żywiec - Milówka - Ochodzita (823m) - przeł. Kubalonka (760m) - Cieszyn - Jastrzębie-Zdrój - Racibórz - Głubczyce - Nysa - Złoty Stok - Lądek-Zdrój - przeł. Puchaczówka (870m) - Marianówka



DST 322,6 km - AVS 21,1 km/h - MAX 58,6 km/h - ALT 3423 m


Na trasę ruszam jeszcze przed świtem, z początku bardzo chciało mi się spać i nie było się łatwo zmobilizować do jazdy. W okolicach świtu przebijam się przez Żywiec, jem śniadanie na stacji benzynowej, dalej jadę na Milówkę. Tam zaczynają się kolejne góry - jeden z wielu wariantów podjazdu na Ochodzitą, jak wiele ścianek w rejonie Koniakowa bardzo ostry, w samej końcówce przed dojazdem do głównej szosy - aż 20%, co było największym nachyleniem na trasie MRDP, do tego ten kawałek prowadził po betonowych płytach z dziurami, ledwo dałem tu radę wjechać bez stawania. Już na głównej drodze podjazd łatwiejszy, prowadzi szerokim grzbietem Ochodzitej, dzięki czemu są piękne widoki na dolinę Koniakowa położoną na północy.
Sprawnie przejeżdżam kolejną przełęcz, czyli Kubalonkę, tutaj na ok. 200km kończą się większe góry, teraz czeka nas dłuższy przerzut w Sudety. Długim zjazdem docieram do Ustronia, tutaj spotykam Daniela z Bikestats, który wyjechał z Cieszyna naprzeciw uczestnikom maratonu - kolejny bardzo miły akcent. Odprowadził mnie ok. 10km w stronę Cieszyna, następnie zawrócił by spotkać kolejnych rowerzystów z MRDP. Do Jastrzębia-Zdrój trasa jeszcze dość ciekawa, niestety dalej zaczęły się już brzydkie tereny ogromnej śląskiej aglomeracji, charakteryzujące się wielkim ruchem i kiepskimi drogami, po kilkuset km pięknych górskich dróg z niewielkim ruchem przeszkadzało mi to mocno. Od Raciborza jest już pod tym względem lepiej, aczkolwiek trasa nadspodziewanie pagórkowata, aż za Głubczyce jest sporo małych góreczek. Na tym odcinku bardzo męczył mnie brak snu, mocno mnie muliło, zdecydowałem się wypić nawet i napój energetyczny, ale z tym trzeba bardzo uważać, bo to straszne świństwo, szybko może doprowadzić do problemów żołądkowych.
Kawałek za Głubczycami wyraźnie się wypłaściło, ten kawałek całkiem przyjemny, niewielka gęstość zaludnienia, duże otwarte przestrzenie i bardzo przyzwoite drogi spowodowały, że kawałek do Nysy zleciał całkiem przyjemnie. Walcząc ze snem kontynuowałem jazdę w stronę Złotego Stoku, w rejonie, którego planowałem przenocować, w końcówce bardzo fajnie to wyglądało - coraz wyraźniejsze kontury Sudetów w zachodzącym słońcu. Wraz ze zmierzchem wyraźnie się ochłodziło, a dzięki temu nieco odżyłem, chwilowo otrząsając się z meczącej mnie senności - i postanowiłem jeszcze pociągnąć kawałek. Już w samym Złotym Stoku zaczynają się góry, na pierwszy ogień idzie przełęcz Jaworowa (691m). Podjazd marny - całość w lesie, na sporej części kiepski asfalt, do tego okazuje się, że moja lampka mocno szwankuje, często gaśnie itd. - to prawdopodobnie efekt tego, że nie zdjąłem jej na noc z roweru podczas ostatniego, bardzo wilgotnego biwaku. Podjazd ciągnął się w nieskończoność, u góry było wiele wypłaszczeń itd; zjazd był równie marny.
W Lądku krótki postój pod sklepem, wizyta na rynku - i ruszam na Stronie Śląskie. Kolejna góra na mojej trasie - to Puchaczówka (870m), tutaj już nie ma takich wypłaszczeń jak na Lądeckiej, podjazd solidny z obu stron, bardziej meczący, ale i znacznie sprawniej zaliczony. Miałem nadzieję, że uda mi się dojechać aż w rejon Zieleńca, ale szybko okazało się, że to nierealne, kawałek za Międzylesiem sen morzył mnie już na tyle silnie, że konieczny był biwak, rozbijam się kawałek za Marianówką.

DALEJ >>>