CARPATIA DIVIDE 2019




Wstęp

Na tegoroczny start w Wiśle 1200 razem z Kotem zdecydowałem się w ostatniej chwili - i był to strzał w 10. Trasa maratonu pokonywana w sposób bardziej turystyczny, bez nocnej jazdy - bardzo przypadła mi do gustu; piękne krajobrazy, wiele urokliwych nadwiślańskich miast i miasteczek, bardzo dobrze zaplanowana. Ta trasa przywróciła mi stracony enztuzjazm do jazdy terenowej, stracony po ciężkich górskich Transalpach, które choć pełne niesamowitych widoków zmniechęciły mnie małą przejezdnością trasy i koniecznością wielogodzinnych wypychów.
Zdawałem sobie dobrze sprawę z tego, że Carpatia Divide to maraton zupełnie innego typu niż Wisła, że dużo bliżej mu może być do Transalpów - ale pokusa była silna i postanowiłem się naocznie przekonać i wystartować w pierwszej edycji tego wyścigu. Podejście miałem bardziej sportowe, choć bez zelotyzmu, jazda ultra w terenie to było dla mnie coś całkowicie nowego, nie sposób było oszacować ile będę w stanie przejechać, jako cel mininum postawiłem sobie przejazd w 6 dni, więc ok. 100km/dziennie. Niestety to kolejna impreza po zeszłorocznym MPP i tegoroczonym RTP, gdzie powtórzył się ten sam schemat z niemożliwością wyspania się przed wyścigiem, pomimo, że miałem bardzo dobre warunki do spania i mnóstwo czasu - znowu zarwane dwie noce przed wyścigiem, góra po 3h spałem każdej nocy. O ile po pierwszej jeszcze było OK, to po drugiej, stając rano w Ustroniu na starcie już czułem solidne zamulenie, już można powiedzieć, że byłem w rytmie ultra wyścigu ;)). Nie ma wyjścia, trzeba będzie wejść w silne proszki nasenne, bo w naturalny sposób mój organizm nie jest w stanie się przed taką imprezą odpocząć.


I dzień - Ustroń - Czantoria Wielka (995m) - Ochodzita (895m) - Rycerka Górna - Wielka Racza (1220m) - Przegibek

DST 84,2 km - AVS 10,0 km/h - MAX 69,9 km/h - ALT 2916 m


Start Carpatii jest nietypowo - w czwartek 15 sierpnia, w początek długiego weekendu i taki termin miał zauważalny wpływ na przebieg tej imprezy, bo trudniej było o noclegi czy też zaopatrzenie. Pogoda na starcie pierwsza klasa - słonecznie, widać, ze może być dość ciepło. Ruszamy od razu pod górę, w kierunku Czantorii, pierwszy odcinek jest na asfalcie, wielki peleton liczący ok. 160 osób rozciąga się mocno, ja trzymałem się w miarę z przodu, na oko koło 40-50 miejsca. Na wysokości koło 600m zaczyna się teren, później mamy ostry skręt w lewo i zaczyna się bardzo nachylona ściana pod 20%, która prawie wszystkich zmusza do zejścia z roweru i wpychania go; dostajemy pierwszy sygnał, że te teorie organizatora o 99% przejezdności trasy należy traktować jedynie w kategoriach reklamowych ;)). Ale na razie nie jest źle, po dłuższym fragmencie wypychu daje się jechać, na Małej Czantorii są pierwsze widoki i pierwsze zjazdy. Na zjazdach widzę, że z moją techniką nie jest wcale tak źle jak się obawiałem, wcale za ludźmi nie zostaję, sa oczywiście tacy co zjeżdżają lepiej, ale są i tacy co gorzej, ale generalnie całkiem OK, a bałem się, że może być z tym sporo słabiej. Po wjechaniu na grzbiet jazda w miarę sensowna, większość w siodle, choć nachylenia ostre. Zjazd z Czantorii też ostry, samą dolną część na przełęcz Beskidek (jak wszyscy zawodnicy w mojej "okolicy") sprowadzam, za duże nachylenie było, więc wolałem nie ryzykować. Szlak graniczny generalnie całkiem OK, jednie przed Stożkiem jest ostry wypych. Natomiast sama trudność trasy bardzo duża, nie ma 20km, a już jest 1000m w pionie.
Ze Stożka na Kubalonkę seria zjazdów, później trochę asfaltów znanych z dojazdu na Wisłę i zaczyna się szlak w rejon Koczego Zamku. Nie wiem dlaczego wydawało mi się że tutaj będzie łatwiutki odcinek, jest cały czas solidna jazda terenowa i sporo pod górę. Po wyjechaniu z terenu odcinek ten kończy się ostrą ścianą pod Koczy Zamek, a następnie po chwili na odzipnięcie - dobitka po płytach na Ochodzitą, znowu po 18-20%, które się wciąga na miękkich nogach. Ale że pojawili się organizatorzy robiący fotki - nie było opcji żeby robić wiochę i pchać, trzeba było uczciwie wjechać całość, aż na szczyt ;)). Tutaj chwila na odpoczynek - i ruszam w dół na ostry zjazd, który aż taki zły jak nim straszyli nie był. W tym rejonie trochę asfaltów i łatwiejszych szutrów, ale to tylko tak się może wydawać, że to "wypoczynkowy" kawałek. Faktycznie podjazdy są non-stop i nawet jak nawierzchnia jest łatwiejsza to cały czas trzeba orać pod górę. Odcinek ten kończy fajny, parukilometrowy singielek w stronę Rycerki, mocno zarośnięty i zupełnie odludny, ale o dziwo w większości przejezdny. W Rycerce króciutki popas na jedzenie - i ruszam w stronę "głównego dania" tego odcinka czyli Wielkiej Raczy. Z niepokojem czuję że zaczynam coraz bardziej słabnąć, dość łatwo wyprzedzają mnie na tym z początku asfaltowym odcinku inni zawodnicy. Od ok. 700m zaczyna się już ciężki terenowy podjazd na Raczę, mocno nachylony. W łapiącym mnie coraz mocniej kryzysie odpuściłem podjeżdżanie i większość wpychałem, choć tak z 3/4 dałoby się tu podjechać, choć może niekoniecznie na tym etapie, pod koniec bardzo intensywnego dnia. U góry już mnie solidniej odcinać zaczęło i uznałem, że muszę porządniej zjeść i odpocząć w schronisku na szczycie. Wiele wskazuje na to że się odwodniłem, niby picia mi ani razu nie zabrakło, bo tego mocno pilnowałem, ale chyba jednak zdecydowanie za oszczędnie z niego korzystałem, też zamulenie spowodowane dużym niewyspaniem na pewno miało tu znaczenie.
W schronisku trzeba było długo czekać na jedzenie, ale postój i tak mi był potrzebny, by kryzys odpuścił. Zjadłem sporo, wypiłem ze 2 litry i po jakiejś godzinie ruszam dalej. Taka jeszcze ciekawa aluzja - w schronisku sprawdziłem sobie tez monitoring i ku mojemu zdziwieniu widzę, że Wiki jadący na sztywnym trekingu z bagażnikiem i sakwą jest już pod wierzchołkiem Raczy, a jadąc dzisiejszy dzień myślałem, że co jak co, ale nie ma tu szans na takim rowerze wyrobić. Taki żywy dowód na to, że "nie iksteery robią rowery", to jest fajne na takich imprezach, ta cała wielka profeska, super rowery z karbonu, wypasione leciutkie bagaże - a tu przyjeżdża ktoś na trekingu za 1500zł i się okazuje, że to wszystko, ta cała wielka profeska to tylko mały dodatek do nogi, głowy i motywacji do jazdy ;)) Dalszy szlak graniczny w stronę Rycerzowej w sporej części mizerniutki, mnóstwo pchania i ciągłego zsiadania z roweru na pokonywanie jakiś drobnych przeszkód. Niestety to jest wielka bolączka większości polskich Karpat - że za takie nieprzejezdne odcinki niewiele dostajemy pięknych widoków, bo trasa w większości jest w lesie, to jest spora przewaga Alp, że tam się wjeżdża sporo ponad granicę lasu i widoki sa powalające. Długo się zastanawiałem czy jest sens próbowac jechac nocą, bo zamulony byłem juz mocno. W końcu uznałem, że jednak pójdę spać. Kawałek za polaną na której było schronisko na Przegibku (do którego zjechało trochę zawodników) znajduję wygodne miejsce i rozkładam obozowisko. Kilometrowo słabiutko, na ten pierwszy dzień liczyłem na więcej, ale też trzeba brać pod uwagę, że był to bardzo wymagający odcinek, najtrudniejsza część Carpatii, też start dość późno, dopiero o 10.

II dzień - Przegibek - Wielka Rycerzowa (1228m) - Hala Miziowa (1274m) - Zawoja - Krowiarki (1012m) - Magura Witowska - Zakopane

DST 161,2 km - AVS 10,7 km/h - MAX 61,8 km/h - ALT 3683 m


Warunki do spania miałem dobre, ciepło, cicho - ale to niewiele dało. Powtarza się schemat z poprzednich nocy, pomimo mocnego zamulenia nie jestem w stanie zasnąć. Do tego złapał mnie silny skurcz mięśnia dwugłowego nogi, mocno obciążonego podczas licznych wprowadzań, złapał tak mocno, że ból czułem już do końca wyścigu. Po 2h prób zaśnięcia, stwierdzam, że tylko czas marnuję, zwijam więc graty - i ruszam dalej, tyle dobrego, że te próby trochę mnie odmuliły i zregenerowały. Teraz czekało mnie wejście na zupełnie nieznany teren - czyli jazda w trudnym terenie nocą. Ale okazuje się, że nie taki diabeł straszny jak go malują - przy mocnej lampce daje się jechać, aczkolwiek nie ma cudów, jest to znacznie mniej efektywna jazda niż za dnia. A szlak graniczny dalej trzyma wysoki poziom nieprzejezdności, czego kulminacja następuje przed szczytem Wielkiej Rycerzowej. Tu już nachylenie było tak duże, że wpychanie roweru było bardzo trudne i zupełnie nieefektywne, więc udało mi się go jakoś zarzucić na plecy i w ten sposób wtarabaniłem się na wierzchołek. Jak dla mnie kawałek zupełnie bez sensu, szczyt jest zalesiony, zero widoków, a da się go objechać niżej, bardziej przejezdną drogą. Ale na szczęście w dół z Rycerzowej dało się już sensownie jechać, po drodze zupełnie surrealistyczna sytuacja, już po północy było, jadę przez jakąś ciemną dupę - a tu nagle spotykam 2 dziewczyny siedzące przy światełkach i podziwiające gwiazdy; ciekawe kto był bardziej zaskoczony ;)). Kawałek niżej jest bacówka PTTK pod Rycerzową - pod drzwiami widzę dobre 10 rowerów uczestników maratonu, widać, że to miejsce sporo osób wybrało na spanie. Ale ja już limit na "spanie" tej nocy wykorzystałem więc jadę dalej. Zjazd z Rycerzowej ostro nachylony, dużo kamieni, ale ważne że się jedzie. Po zjeździe na dół do doliny inwersja temperaturowa w pełni, więc na dnie doliny apogeum zimna, koło 4-5 stopni.
Szybki przerzut asfaltem - i zaczyna się kolejna seria podjazdów na masyw Pilska. Żmudna nocna jazda, noc w połowie sierpnia to już nie to samo co króciutka nocka na Wiśle, w okolicach przesilenia letniego, to już się ciągnie, pod koniec nocy byłem już mocno zamulony, odliczałem już minuty do świtu. I dopiero teraz, po obejrzeniu bardzo fajnego filmu z imprezy autorstwa Marcina Bushcraftowego i analizując ślad oraz monitoring zorientowałem się, że popełniłem tutaj błąd nawigacyjny i pojechałem niżej położoną drogą, równoległą do prawidłowej. Zamulony nocną jazdą nie zauważyłem wjazdu na prawidłową drogę, a pewną odległość na Garminie od śladu brałem za niedokładność śladu (co kawałek wcześniej też miało miejsce), bo droga była niemal idealnie równoległa do prawidłowej, takie same robiła zakręty itd. Z filmu widać, że u góry był to upierdliwy singiel, podczas gdy ta droga, którą ja jechałem była dość wygodna, pewnie w okolicach 30-60min krócej.
Dnieć zaczęło w okolicach podejścia koło schroniska na Rysiance. Ten kawałek szlaku granicznego również do niczego - same wypychy, też sporo rozmokłego terenu. Przed Halą Miziową jest już jasno, na samej Hali dużo podmokłego terenu, między innymi wywaliłem się tutaj pakując się do sporej kałuży, co mnie już do reszty zniechęciło do tego odcinka ;). Wjazd pod schronisko na Hali Miziowiej klimatyczny, poranne mgiełki- to jeden z tych niewielu odkrytych terenów w Beskidach, gdzie widać coś więcej niż lasy. Pierwsza część zjazdu trudna, dużo stromizn, fragmentami tu sprowadzałem, druga to już szybka szutrówka. W Korbielowie staję na zakupy i jedzenie pod właśnie otwartym sklepem, rozmawiam tu z dwójką zawodników, którzy spali w schronisku na Hali Miziowej i mocno pomstowali na warunki. Nic się nie wyspali, bo najpierw na wieloosobowej sali strasznie ludzie chrapali, a jak się przenieśli na korytarz to z kolei zaczęły się przeboje z pijanymi, podobno wódką tak śmierdziało, że czuć było to z dużej odległości, potem jakaś kobieta się zatruła i ileś czasu wymiotowała, tak więc jeszcze kolejne aromaty im doszły ;). Jednym słowem nic się prawie nie wyspali, to mnie utwierdziło że noclegi na dziko były dobrym pomysłem, bo ostatnio w schroniskach problem z alkoholem narasta, parę osób na mecie na to narzekało.
Hala Miziowa jest takim punktem granicznym pierwszej części maratonu, chyba najtrudniejszej i najbardziej nieprzejezdnej, odtąd pod tym względem jest już zauważalnie lepiej. Ale to w żadnym razie nie znaczy, że jest łatwo, bo stosunek liczby podjazdów do dystansu jest powalający. Na Głuchaczki prowadzi seria ostrych podjazdów, później krótka wizyta na Słowacji - i zaczynają się bardzo fajne Babia Góra Trails. Szlaki zrobione pod MTB, naprawde zrobione, a nie że tylko tabliczkę z nazwą dali. Najciekawszy jest pierwszy odcinek, z którego ekstra było widać masyw Babiej Góry. Zjeżdżam do Zawoi, a następnie kolejnymi szlakami podjeżdżam w okolice Krowiarek, końcówka podjazdu na przełecz już po szosie.
Z Krowiarek myślałem że do Zakopanego już bedzie zupełny luzik, ale że jechałem tutaj krótko po większych opadach - okazało się, że jest sporo błota w lasach i zaczynało to już nieźle przeszkadzać, a jazda po błocie zdecydowanie mi nie szła, irytowała mnie mocno, ciągle jechałem na skraju upadku, każdy wg tego samego schematu - próba przejechania, uślizg lub zaklinowanie koła, za późne wypięcie stopy z zatrzasku i gleba na bok. Sporo lepszym rozwiązaniem byłyby pedały hybrydowe - SPD z platformą, też braki w technice wychodziły. Notabene miałem tu dużo szczęścia, bo zupełnie minąłem większe opady, a osoby jadące za mną kilka godzin - miały dobrych kilka godzin jazdy w opadach. Ale coś za coś - jechałem tuż po opadach, w mocno rozmiękniętym terenie. Też i sama jazda jako taka idzie topornie, dużo przerw, jakoś nie jestem w stanie wejść w prawdziwy rytm ultra, narastające zamulenie też daje się we znaki. Podjazd pod Magurę Witowską idzie słabiutko, jechałem tutaj niedługo po solidnych opadach (nade mną też wisiała ciemna chmura) i cały długi podjazd po trawie był bardzo upierdliwy, bo rower na mocno podmoczonej murawie zasysało, znacząco spowalniając. Ale dużo gorzej było wyżej, duże ilości błota, też się tu minimalnie pomyliłem i jechałem drogą po słowackiej stronie, gdzie błota było bardzo dużo, podczas gdy 30m dalej, za pasem drzew, po polskiej stronie była trochę lepsza droga. W rejonie wierzchołka (na sam szczyt trasa maratonu nie wjeżdżała) zaczęło grzmieć, na szczęście burza poszła bokiem. Zjazd do Witowa w miarę OK, jedynie w górnej części słabiej z przejezdnością.
Z Witowa kolejna seria podjazdów, tym razem w rejon Butorowego Wierchu, tutaj dogania mnie Sebastian Golczak, chwilkę razem pojechaliśmy i pogadaliśmy. Z Butorowego jest bardzo mocno nachylony i problematyczny nawigacyjnie zjazd do Kościelska, większą część sprowadzałem. W Kościelisku już mocno zmęczony rozglądałem się za noclegiem pod dachem - ale wszędzie mieli komplet i po 5-6 próbach uznałem że tylko czas tracę. Poszedłem więc na obiad i choć trzeba było sporo czasu poczekać to dobrze trafiłem, bo bardzo smacznie podjadłem. Uznałem, że szkoda czas tracić na szukanie noclegu i pomiędzy Kościelskiem i Zakopanem rozłożyłem się na nocleg. Tym razem wreszice zero problemów z zasypianiem, tak już byłem umęczony niewyspaniem, że spałem od razu po zamknięciu oczu ;))

III dzień - Zakopane - Głodówka (1130m) - przełom Dunajca - Eliaszówka (1023m) - Piwniczna-Zdrój

DST 118,6 km - AVS 11,2 km/h - MAX 53,8 km/h - ALT 2706 m


Wreszcie udało się nieźle pospać, ruszam nocą, dobrze się to ułozyło, bo dzięki temu przejeżdżam przez zupełnie puste Zakopane, omijając cały wielki ruch w tym rejonie, dodatkowo spotęgowany odbywającą się właśnie Letnią GP w skokach. Udało mi się znaleźć nocą karcher na stacji benzynowej kawałek od naszej trasy, dzięki temu udało się usunąć kupę błota z wczoraj, bo system zawieszenia Maestro choć działa bardzo fajnie, to jest swoistą klatką na błoto. Kawałek w rejonie Zakopanego to jeden z najbardziej ulgowych fragmentów Carpatii, tak właśnie tutaj wyglądają "odpoczynkowe" odcinki - czyli solidne asfaltowe podjazdy ;). Na Głodówkę wjeżdżam trochę przed wschodem słońca, jest już widno i mam piękny widok na Tatry. Zjazd z Głodówki to tylko kawałek asfaltu, później ostro nachylony teren po śliskiej drodze, dalej są kawałki asfaltu i szutrówek w rejonie Brzegów. Z grzbietu obserwuję ekstra wschód słońca - to są właśnie najpiękniejsze chwile na ultramaratonach, bo tutaj jest motywacja by jeździć o mtak bandyckich porach, a wschód słońca na trasie bez wątpienia zalicza się do najpiękniejszych części dnia, szczególnie przy takiej pogodzie jak jest teraz, bo akurat trafiłem na widokową "żyletę". Ten odcinek kończy się przeprawą przez rzekę z solidnym nurtem. Następnie przejazd przez Jurgów i podjazd na grzbiet Łapszanki, ale nie drogą znaną z szosowych maratonów, a przez Rzepiska i piekielną ściankę 20% po płytach. Wyżej jest już teren i wiele głebokich kałuż, tak więc rower umyty w Zakopanem szybko zaczyna znowu łapać błoto. Za Łapszanką zaczyna się niebieski szlak do Kacwina - w skrócie zupełnie do niczego, masa błota, masa pchania, przenoszenia roweru przez zwalone drzewa itd. W czasie przeprawy przez jedną z kałuż pełnych błota notuję klasyczną glebę na bok i ładuję się cały do głębokiej na dobre 30cm kałuży, co już wkurzyło mnie mocno, kląłem na organizatora i jego pomysły co do trasy ile wlezie ;)). Rower w Kacwinie mam znowu całkowicie usyfiony, z przynajmniej kilogramem błota na zawiasie, podobnie usyfiony jestem i ja sam.
Krótki postój w Kacwinie w centrum, gdy ruszam orientuję się, że mam flaka w przednim kole. Zmieniam dętkę i gdy kolejny raz ruszam - widzę, że w międzyczasie na tyle zeszło powietrze... Dublet - to już rzadki poziom "szczęścia", nie wiem w sumie jak i na czym złapałem te kapcie, bo dziurki były minimalne, pewnie jakieś mini-kolce z jeżyn na tym fatalnym szlaku. I jako, ze miałem tylko jeden zapas, by być w stanie znaleźć dziurę i ją załatać musiałem wyjechać (dziura była na tyle mała, ze po dompowaniu jeszcze parę minut trzymało) z centrum miasteczka, bo przez hałas samochodów w centrum nie byłem w stanie znaleźć maleńkiej dziurki. Później z kolei głupi błąd ze źle założonym kołem, w efekcie którego źle działała przerzutka i zacząłem ją regulować, jednym słowem sumarycznie straciłem na te naprawy ponad godzinię.
Z Kacwina trasa maratonu wjeżdża na Słowację, pierwsza góra fantastyczna - najpierw podjazd asfaltem, końcówka to sensowny teren, a przy samym szczycie zielone hale z fenomenalnym widokiem na Trzy Korony, chyba najładniejsza panorama na całej Carpatii, bo i kapitalne światło akurat trafiłem. Zjazd też ekstra, z szerokimi widokami. Za to kolejna góra - czyli przeprawa do Lechnicy okazuje się nawiększym fuckupem tego maratonu. Prowadzi drogą zwózkową drewna, a gdy tam jadę trwają akurat prace leśne, wielki spychacz wyciągarką ściąga ogromne, z 15-20m długości pnie drzew., a później ciągnie je ową drogą. Nie da się nie tylko jechać, ale i prowadzić roweru, bo momentalnie wszytko zapycha się błotem, można go tylko nieść. Słowacki operator spychacza tłumaczy mi, że to ślepa droga i nie ma tam żadnego przejścia i opowiada o jakimś wariacie co wczoraj nosił rower po pionowych ścianach dookoła ;)). W końcu wkurzony tym że zamiast zawrócić też się przepycham ową drogą powiedział mi "tak to droga prosto na Warszawę" ;)). Kawałek dalej widzę, że miał rację - i droga po prostu się kończy, nie ma niczego, najmniejszej ścieżki, trzeba się przebijać na azymut po mocno nachylonych ściankach. W tym momencie dociera Jacek Rządca, który własnie się dowiedział od swojej dziewczyny, że podobno na FB była informacja że jest objazd tego kawałka. Wkurzyło nas to maksymalnie, bo nic o tym nie wiedzieliśmy, tak ważna informacja powinna zdecydowanie być wysłana na SMS, bo na pewno nie każdy zawodnik regularnie sprawdza FB.
Przeprawa przez tę górę była fatalna, ciężko było się zorientować, bo w gęstym lesie porastającym góry GPS świrował i notował duże błędy, do tego mapa jaką miałem w komórce miała źle zaznaczone poziomice wg których próbowałem nawigować. Koniec końców wydostałem się z tej czarnej dupy i zjechałem w stronę Sromowców, ale w stosunku do ludzi, którzy pojechali objazdem straciłem ze 2-3h i przede wszystkim straciłem masę sił na przebijanie się z ciężkim rowerem po tych głebokich błotach, dziurach i ostrych zboczach pełnych zwalonych drzew. Na początku przełomu Dunajca staję by trochę odzipnąć, na samym widowiskowym szlaku nad rzeką rojno jak na Marszałkowskiej (była to sobota i długi weekend), kupa rowerzystów, podobnie jest i na samej rzece, gdzie płynie tratwa za tratwą.
Za przełomem jest ostry podjazd w stronę Palenicy, wjeżdżalny, aczkolwiek zmordowany tą przeprawą pod Lechnicą odpuściłem, bo było po 15% i więcej - i tak z połowę wpychałem. U góry już całkiem OK, daje się jechać, na samej Palenicy można powiedzieć tandetne wesołe miasteczko, jakieś stojące wielkie zwierzaki z plastiku, tor saneczkowy, taki brzydki przykład tandetnej komerchy wchodzącej w góry. Z Palenicy cholernie ostra ścianka na Szafranówkę, którą miałem zamiar wprowadzać, ale jak zobaczyłem dwóch chłopaków z maratonu jak to wjechali (w tym jeden z sakwami!) też uznałem że powalczę i tylko z 5m zabrakło do sukcesu, ale końcówka już ponad 20% była nachylona, a wjazd był terenowy. Generalnie szlak graniczny w Pieninach niemal w całości przejezdny, choć wymaga to nie lada wysiłku na podjazdach, bo te często trzymają po 15-20%, ale sama jakość trasy jest taka, ze pozwala na wjechanie. Widokowo jest to w mojej opinii najładniejsza część Carpatii, wreszcie mamy wielką rzadkość jak na polskie Karpaty - czyli długi odcinek ponad lasem, jedzie się głównie po zielonych halach. Pierwsza część tego odcinka kończy się pod schroniskiem pod Dubraszką, gdzie robię krótki popas, w sumie zbiera się tu aż piątka maratończyków, bo dojechali i bliźniacy Pyrka, których mijałem gdy spali na szlaku kawałek wcześniej. Druga część równie piękna, w tym kapitalny, szybki i bardzo widokowy zjazd z Wierchliczki przy zjawiskowym popołudniowym świetle, a z siodła przełączki od razu kolejna ostra ściana w stronę Obidzy. Końcówka pod Eliaszówkę też w większości przejezdna.
Zjazd z Eilaszówki do Piwniczniej bardzo długi, w górnej części chwilami sprowadzałem, ale generalnie w tym rejonie przejezdność szlaków jest duża. Już na samym końcu zjazdu, gdy coraz więcej było zabudowań przy drodze - niesamowita sytuacja, jakieś 20m ode mnie na łąkę wpadają 3 wielkie jelenie z pięknymi porożami, do tego wcale płochliwe nie były, po takie sytuacje warto było jechać ten morderczy maraton! W Piwnicznej jestem krótko po zmierzchu, jem obiad w restauracji i planuję wyjechać kawałek za miasto na nocleg. Za Piwniczną prawie od razu zaczyna się podjazd na Łabowiec, a że nogi miałem już miękkie chciałem jak najszybciej znaleźć miejscówkę by podjazd robić jutro. Niestety był to błąd, trzeba było od razu wjechać wyżej, bo skończyło się to tak, że gdy już rozłożyłem rzeczy do spania to tuż obok podjechał samochód z miejscową elitą i zaczęła się głośna libacja, więc od razu szybko spakowałem rzeczy i pojechałem dalej do góry. Za drugim razem trafiłem już dobrze, wyjechałem nad zabudowania i znalazłem fajne miejsce z szerokim widokiem na światła Piwnicznej.

IV dzień - Piwniczna-Zdrój - Jaworzyna Krynicka (1144m) - Krynica-Zdrój - Krempna - Barwinek - Czystograb

DST 158,2 km - AVS 11,7 km/h - MAX 59,9 km/h - ALT 3278 m


Spałem dobrze, po złożeniu obozowiska od razu na starcie czeka mnie ciężki podjazd w rejon Hali Łabowskiej. Podjazd w zdecydowanej większości trzyma pułap 15-20%, ale wjeżdżalny, bo głównie po betonowych płytach z dziurami. Ale świeżo po krótkim śnie i nocą nie byłem w stanie wejść w odpowiedni rytm by to wjechać, więc w większej części wpychałem, poza tym na takim nachyleniu są wielkie problemy by ruszyć, a tym bardziej na fullu, który bez dociążenia wagą rowerzysty ma bardzo wysoko wystające siodełko. Na poziomie ok. 1000m zaczyna się już dawać sensownie jechać. Niestety jest trochę błota, głupią glebę tu zaliczyłem wpadając znowu do kałuży, do tego od uderzenia pękło mocowanie telefonu (jak widać Quad Lock nie jest aż tak wytrzymały jak się chwali producent) - i telefon cały zanurkował w błocie. Wkurzyłem się nieźle, wszystko urąbane w błocie - ale takie są realia terenowej jazdy. Na Hali Łabowskiej zaczyna powoli dnieć, na ławkach przed schroniskiem jem śniadanie ze swoich zapasów (bo kuchnia w schronisku jeszcze oczywiście zamknięta) - i ruszam dalej. Szlak na Jaworzynę Krynicką całkiem fajny, prawie cały przejezdny, nawet bezpośrednio na szczyt daje się wjechać, choć ściana pod 20% daje w kość. Na tym dość komercyjnym szczycie (wyciągi narciarskie, restauracje itd) jeszcze fajnie i puściutko, ruszam na szybki i wygodny zjazd do Krynicy, zasuwa się aż miło, dogania mnie tu Jacek Rządca, który nocował na Łabowcu. W Krynicy miałem nadzieję na zakupy, ale że była to niedziela niehandlowa - to wszystko było zamknięte na głucho, nawet Żabki, które nominalnie miały czas pracy od 6 miały kartki, że dziś wyjątokow dopiero od 9. Na szczęście miałem jeszcze trochę zapasów, licząc się z tym, że może być cienko kupiłem wczoraj więcej jedzenia.
Od Jaworzyny trasa Carpatii nieco zmiena swoje oblicze, zaczyna się jej najłatwiejszy technicznie fragment. Co wcale nie znaczy że jest łatwo, bo nadal nagromadzenie podjazdów w stosunku do dystansu jest bardzo duże i wiele tych podjazdów jest sztywnych, natomiast maleją na tym odcinku trudności techniczne. Osobiście bardzo mi to przypadło do gustu, trasa jest ekstra, zjazdy fullem leci się na przestrzał, bez hamowania, często ponad 50km/h, podjazdy wciąga w całości, a przy tym jest dużo widoków. A Beskid Niski to najbardziej odludne tereny tego maratonu, gdzie komercja jeszcze nie zapuściła swoich korzeni, nawet zwykłych sklepów spożywczych jest ledwie kilka na całej trasie do Krempnej. Drogi to najczęściej asfalt w dolnej części podjazdu, wyżej przechodzący w lepszej lub gorszej jakości szutry, jest też kilka fajnych brodów do sforsowania. Jedzie się niewątpliwie szybciej, szybciej lecą kilometry, niestety ten odcinek kosztował mnie zdrętwiałą lewą dłoń, próbowałem paru ustawień pozycji na rowerze ale nie byłem w stanie tego wyeliminować, dopiero wracając z maratonu z Mucznego do Przemyśla znalazłem odpowiednie ustawienie kierownicy, ale już było za późno, co miało wejść w rękę to weszło, a porażenia nerwów będą ze 2-3 miesiące przechodzić i na Północ-Południe się nie zregenrują. Przed Krempną parę wioseczek gdzie "diabeł mówi dobranoc", klimaty jak 40-50lat temu; już niewiele takich miejsc w Polsce zostało, ma to masę uroku. Przy tym rejony przyjemne do jazdy, bo przy drogach zielono, niewiele tu upraw zboża, dominują łąki pod wypas. Z Ożennej do Krempnej jest asfalt przez Magurski PN, ale właściwie to lepsza byłaby nazwa "były asfalt", bo droga jest tak niesamowicie dziurawa, że i na Ukrainie by się nie powstydzili, od długich lat nie naprawiana. W pewnym momencie na szosie pojawia się napis "Ból to ściema!!!" - można powiedzieć, że prawdziwa dewiza ultramaratończyków :)). Kawałek przed Krempną orientuję się, że schodzi mi powietrze z tylnej opony, więc musiałem łatać dętkę, okazało się, że winowajcą był spory kolec.
Z Krempnej do Tylawy wraca solidniejszy już teren, niestety Beskid Niski słynie z błota, gdy tylko szlak wjeżdża w zacieniony obszar od razu pojawiają się błotniste odcinki, trzeba często zsiadać z roweru, jazda od razu traci całą płynność. W rejonie Tylawy jest kawałek ruchliwej krajówki do Barwinka, ale że jest pobocze to nic to nie przeszkadza. W Barwinku robię duże zakupy na stacji benzynowej, bo liczę się z tym, że następny odcinek może być zupełnie bezludny. Stacje benzynowe w tym rejonie okropne, masa ludzi, masa samochodów, wielkie kolejki to kibla - po zrobieniu zakupów uciekam stamtąd jak najprędzej, takie gwałtowne zderzenie się z cywilizacją po kilometrach pustych dróg i ścieżek nie należy do przyjemności. Za Barwinkiem zaczyna się szlak graniczny, pierwsze parę kilometrów jest bardzo słabe, masa błota powstała z prac ścinkowych. I fatalnie to działa na morale, bo widząc jak wolno idzie dystans w takim terenie obawiałem się, że te ok.25km szlaku granicznego zajmie długie godziny i będzie kosztować masę sił. Na szczęście po paru km szlak się poprawił i już tak źle nie było, choć szlak dalej wymagający, cały czas górki, nie brakuje wypychów. Generalnie mamy tu klasykę szlaków Beskidu Niskiego - cały czas jazda w lesie, szersze widoki pojawiają się może raz na godzinę, a w lesie pełno krzalu, długimi kilometrami ciągną się kolczaste krzaki. Odcinek zupełnie bezludny, na całym tym kawałku żywej duszy nie spotkałem, jakby się człowiek tu gdzieś przewrócił i złamał nogę, to gdyby nie Carpatia - to trupa by pewnie po tygodniu znaleźli, bo i zasięg komórkowy w tym rejonie to rzadki gość. Szlak był mocno upierdliwy, dystans wolno leciał, ale przez ową całkowitą bezludność miał wiele swoistego uroku, to jeden z najbardziej odosobnionych rejonów w Polsce. Po ok. 10km trasa maratonu na chwilę opuszcza GSB zjeżdżając z granicy - i następuje ekstra przejazd odkrytą polaną, jest naprawdę pięknie, a odosobnienie tego rejonu dobrze podkreśla zaskakujący drogowskaz z dystansem na Nordkapp, też wracają wspomnienia gdy niemal równo rok temu w sierpniu kończyłem właśnie na Przylądku Północnym maraton NorthCape 4000.
Ale ten urokliwy kawałek szybko się kończy, wraca krzal i trudna trasa, m.in. wjazd na 2 szczyty powyżej 800m. Tu też łapie mnie mocne zamulenie i utrata motywacji, sporo postojów bez sensu, jazda idzie bardzo mizernie. W ten sposób na ostatnim szczycie tego odcinka, czyli mierzącej 830m Kanasiówce melduję się o zachodzie słońca, stąd jest już tylko zjazd do Czystograbu. Zakładam czołówkę do nocnej jazdy - i ku swojemu przerażeniu przekonuję się, że przestała działać. Wkurzyło mnie to maksymalnie, bo czołówka była nowiutka, zakupiona specjalnie na ten maraton; do tego rozwaliło mi to cały plan jazdy. Pojechałem jeszcze z 10-15min w zapadających ciemnościach, ale szlak był za trudny by tak się dało jechać, trzeba było widzieć wyraźnie przeszkody. A nocleg w tym miejscu też mi sie nie uśmiechał, bo pełno było tu ostrzeżeń o niedźwiedziach. Realna szansa na spotkanie misia pewnie niewielka, ale na psychikę to jednak działa ;). Postanowiłem więc schodzić na dół, drogę oświetlając sobie mizernym światełkiemtrzymanej w ręku komórki, tak by dobrnąć do końca zjazdu, który jednocześnie będzie końcem lasu. Po niecałej godzinie tego bardzo niewygodnego spaceru wychodzę wreszcie z lasu i rozkładam obozowisko na polu, postanawiając wstać dopiero krótko przed świtem, tak by dało się już jechac bez oświetlenia.
Uczucia mam mieszane, z jednej strony rozwaliło mi to plan jazdy, który pewnie pozwoliłby na zejście poniżej 100h, z drugiej spowodowało, że mogłem się porządnie wyspać i nie musiałem jechać nocą, tracić wielu fajnych widoków i móc na metę dojechac w miarę na świeżo, a nie będąc mocno zamulonym nocną, mało efektywną jazdą i krókim snem. A dodatkowym bonusem było fantastycznie rozgwieżdżone niebo jakie miałem nocując pod Czystograbem, gdzie nie było żadnych świateł w pobliżu.

V dzień - Czystograb - Komańcza - Cisna - Dwernik Kamień (1004m) - Muczne

DST 116,7 km - AVS 12,1 km/h - MAX 63,8 km/h - ALT 2647 m


Zgodnie z planem, dobrze wyspany ruszam tuż przed świtem, licząc że pozostałe 120km na metę dojadę przed zmierzchem. Szybki kawałek na asfalcie i jestem w Komańczy, jeszcze wszystko pozamykane na głucho, więc jadę dalej na zakupy nastawiając się w Cisnej. Pierwszy kawałek za Komańczą, czyli boczne asfalty w dolinie Osławy powodują, że nie żałuję iż awaria lampki zmusiła mnie do rezygnacji z nocnej jazdy. Jazda w okolicach wschodu słońca powoduje, że jest tu przepięknie, niesamowite poranne światło dodaje całej okolicy mnóstwo uroku, są też aż 4 szerokie brody do pokonania. Przy skręcie na przełecz Żebrak króki odpoczynek, czytam tutaj tablicę poświęconą ciekawej historii Mikowa. Na podjeździe dogania mnie (podobnie jak wczoraj) Miłosz Szarek, trochę porozmawialiśmy, obaj mając nadzieję że dziś kończymy Carpatię ;). Miłosz jechał sporo szybciej, więc po wjechaniu w teren pojechał przodem, ja swoim tempem kontynuowałem jazdę na Wołosań. Kawałek całkiem sensowny, są pchania, ale jest też i sporo odcinków, gdzie daje się jechać, także i pod górę. Zaskoczyła mnie natomiast mocno falista struktura tego kawałka, myslałem, że to wjazd na szczyt i później zjazd, a tymczasem rozmaitych pomniejszych szczytów to jest chyba z 5, gdy już człowiek myśli, że wreszcie będzie w dół - to znowu trzeba zaliczać kolejną górkę ;). Są tu dwie bardzo ostre ścianki, które sprowadzałem - odcinek z samego szczytu Wołosania oraz później piekielnie nachylony kawałek tuż przed Cisną w okolicy wyciągu orczykowego. Ale generalnie sporo dało się jechać, do Cisnej docieram, gdy już jest wszystko czynne, mogłem zrobić zakupy w sklepie (pierwsze od Barwinka), a w knajpie zjadłem zaległy z wczoraj obiad (świetny żurek i naleśniki). Dalej wiedziałem, że będzie już trochę bardziej ulgowo, bo z pierwotnej wersji trasy usunięto Duże Jasło (tym razem organizator naprawił swój błąd z pierwszego objazdu i wszyscy zawodnicy dostali info na telefony). Dobra decyzja - bo już z nachylenia profilu wysokościowego na Garminie widziałem, że będzie to bardzo długi wypych, koło 400m w pionie, a i w dół pewnie niejeden kawałek trzeba by sprowadzać, a takie "pchane" góry tylko zniechęcają do MTB.
Tak więc Duże Jasło sprowadza się do jazdy stokówką i podjazdu na okolice 800m, przy skrzyżowaniu z żółtym szalkiem, którym mieliśmy jechać od razu było widać, że o jeździe nie było tam mowy. Zaczyna się robić naprawdę gorąco, na odkrytych odcinkach temperatura dochodzi do 30'C, trzeba więc pilnować ilości picia, bo w tym rejonie za wielu sklepów to nie ma. Od zjazdu z Jasła aż do końca jazdy doliną Wetliny ulgowy kawałek - i z góry i z wiatrem w plecy, więc przelatuje błyskawicznie, później zaczynają się szutrowe podjazdy nad Sanem, jest kilka bardzo solidnych ścianek, a szuter to spore kamyczki. Tak jest do Sękowca, gdzie zaczyna się ostatni wielki podjazd Carpatii - czyli Dwernik Kamień. Podjazd daje nieźle popalić, daje się wjechać większą część, ale jest to okupione nie lada wysiłkiem, bo nachylenie nie raz przekracza 15%. Znowu trafia się jeden "fałszywy" szczyt, ale tym razem tylko jeden - i melduję się na wierzchołku Dwernika, jest tutaj wielu turystów pieszych, bo ze szsczytu jest niebrzydka panorama w kierunku Połoniny Wetlińskiej. Zjazd ostro nachylony, na dole w Nasicznym juz wiem, że od mety dzielą mnie tylko dwa dwustumetrowe podjazdy. Pierwszy wcale nie okazuje się bułką z masłem, taki wredny, mocno kamienisty szuter, po którym wolniutko się jechało. Natomiast bardziej zirytował mnie zjazd, myślałem że będzie to łatwa droga, tymczasem był upierdliwy singiel, a w dolnej części droga zwózkowa drewna, której oczywiście jak wszędzie towarzyszyło błoto i głębokie koleiny.
Po przebiciiu się do Bereżek - już ostatnia górka Carpatii, tym razem jest to szutrówka dobrej jakości, ostatni wjazd na poziom powyżej 800m - i zjeżdżam w dół do zagrody żubrów, za tym jeszcze króciutki kawałek asfaltem - i melduję się mecie Carpatia Divide z czasem 103h 52min, co dało 17 miejsce!

Podsumowanie

Carpatia Divide to niewątpliwie impreza bardzo ciekawa i jedyna w swoim rodzaju w Polsce, jedyny wielodniowy ultramaraton rozgrywany w naprawdę trudnym terenie. Formuła jest taka sama jak Wisły 1200, natomiast skala trudności to juz zupełnie inna liga. Nie ma tutaj praktycznie w ogóle płaskich odcinków, nawet pozornie "wypoczynkowe" asfalty czy też łatwiejsze szutry to tak naprawdę nie jest żaden wypoczynek, a ciężka orka pod górę. Oceniając trasę mam bardzo mieszane uczucia, nie znałem gór od strony terenowej na tyle by samodzielnie ocenić stopień przejezdności trasy. I trochę za optymistycznie uwierzyłem w te rzekome 99% przejezdności trasy ;)). Teraz już wiem, że można to traktować jedynie w kategoriach marketingowych, nawet na rowerze bez bagażu i na świeżo jest to nierealne, a co dopiero z bagażem i na parudniowym zmęczeniu. Trudno tu mieć pretensje do organizatora, takie po prostu są polskie góry - wiele jest tu nieprzejezdnych tras, wiele pchania - i z tym jadąc na Carpatię trzeba się liczyć. Niemniej myślę, że dałoby się tę trasę zauważalnie poprawić, chodzi tu przede wszystkim o zmianę odcinka podhalańskiego, pełnego błota. Kilka ładnych widoków na Tatry nie jest wartych przepraw po głębokim błocie, czy takich okropnych szlaków jak niebieski do Kacwina - gdzie było zero widoków, za to pełno błota i zwalonych drzew. W Gorcach pewnie dałoby się znaleźć sporo sensowniejszą trasę. Też nie wiem czy Worek Raczański był dobrym pomysłem, bardzo mała przejezdność tras w tym rejonie, masa pchania. Za to od Szczawnicy było już wiele lepiej, piękne Pieniny, dobrze przejezdny masyw Jaworzyny w Beskidzie Sądeckim, potem fajne szutry, jedynie pierwszy kawałek szlaku granicznego za Barwinkiem był rozryty i pełen błota. Jednym słowem - choć na trasie nieraz sobie obiecywałem, że "nigdy więcej" to teraz już kolejnego startu na pewno nie wykluczam ;)
Od strony sportowej - z jednej strony pojechałem sporo powyżej zakładanych 6 dni, z drugiej jakoś ciężko mi było wejść w pełen rytm ultra. W sporej części to był efekt zarwania dwóch nocy przed startem, co niejako ustawiło dla mnie ten wyścig. Ale z drugiej strony wynikało to też ze specyfiki tej trasy, tutaj jazda nocna jest mało opłacalna, zyskuje się na tym sporo mniej niż na szosie, bo jednak nocą w ciężkim terenie, choć jechać się daje - to jest to jazda dużo mniej efektywna niż za dnia. Niemniej (jak pewnie każdy kto jechał ten wyścig) widzę tu jeszcze rezerwy, gdzie można poprawić wynik, gdyby nie awaria lampki ostatniego dnia to spora szansa, że udałoby się zejść poniżej 100h. Ale generalnie jestem zadowolony z wyniku, jak na moje doświadczenie z terenowej jazdy to bardzo przyzwoite miejsce. Wyścig tez pokazał, że ważniejsze od perfekcyjnej jazdy w terenie jest właśnie doświadczenie z ultra wyścigów, odporność na niewygody, mocna głowa itd. A takie doświadczenie powoduje, że choć na trasie bardzo lubię sobie ponarzekać, to łatwo nie wymiękam, jestem odporny na trudy i rozmaite bóle, które sa nieodłączną częścią takich imprez.
Zadowolny też jestem, że całą imprezę udało mi się przejechać z noclegami na dziko, to mi się dużo lepiej komponuje z duchem samowystarczalności, ma wiele swoistego uroku, czegoś zupełnie innego niż na codzień, wyjścia ze strefy wygód jakie mamy dzięki rozwojowi cywilizacji. Bo taki wyścig powoduje, że człowiek wchodzi na taki poziom obojętności dla pewnych spraw - że to iż jest usmarowany błotem od stóp do głów, to że się nie kąpał, to że śpi w krzakach - nie robi na nim żadnego wrażenia, to jest piękne na takich wyścigach ;)). Pewnie śpiąc codziennie pod dachem w komfortowych warunkach przejechałoby sie taką imprezę nieco szybciej, ale taki przejazd IMO bardziej wpisuje się w ideę samowystarczalności i daje mi więcej frajdy. Ta nieobliczalność to jest coś co kocham na takich wyścigach, rzadko mi się zdarza dokładnie planować - tego i tego dnia tyle i tyle itd., jadąc ze sprzętem do nocowania ma się sporo większą mobilność na trasie, nie trzeba bazować na kwaterach, które na tym wyścigu nie były łatwo dostępne ze względu na długi weekend.
Widokowo - były odcinki piękne, były słabsze, ale generalnie liczyłem na troszeczkę więcej. Niestety polskie Karpaty są bardzo zalesione i na wielu odcinkach chwile gdy się wyjeżdża z lasów są bardzo rzadkie. Miłośnikom terenu wydaje się, że na asfalcie nie ma mowy o tak pięknych widokach, ale ja jechałem też szosowe MRDP przez całe polskie góry od Przemyśla po Świeradów i klasę widoków oceniam podobnie, na szosie jest jednak znacznie mniej lasów i znacznie więcej szerokich widoków, a świty równie pięknie. Choć trzeba przyznać, że topowe widoki terenowe (jak np. Pieniny) niewątpliwie przebijają te szosowe, ale jak wspomniałem występują dość rzadko. Ciężko też pokusić sie tu o porównanie szosowego ultra z Carpatią, samą skalą trudności trasy Carpatia niewątpliwie przebija każdy maraton szosowy, stosunek sumy podjazdów do dystansu jest ogromny i większość z tego są to podjazdy bardzo trudne, wysysające mnóstwo sił. Natomiast trudność szosowych ultra niewątpliwie podnoszą dużo bardziej wymagające limity czasowe, pomimo całej trudności trasy Carpatii limit 200h jest to limit łatwy, spokojnie pozwalający ukończyć trasę bez nocnej jazdy, na szosie jedynie najmocniejsi byliby w stanie ukończyć wyścig bez nocnej jazdy.
Sumarycznie - jestem bardzo zadowolony, że zdecydowałem się na start, to był zupełnie inny typ ultramaratonu niż dotąd miałem okazję jeździć,coś zupełnie nowego. Nie wyglądało to tak jak na starcie zakładałem, ale konieczność dużej improwizacji i radzenia sobie wtedy gdy nic nie idzie - to jedna ze składowych takich imprez. Organizacyjnie - bardzo fajnie zrobiony maraton, zarówno start jak i meta świetnie zorganizowana, jedyna wpadka to brak informacji na sms o zmianie trasy na Słowacji, czego akurat byłem ofiarą; ale pomylić każdy się może, przy kolejnym objeździe na Jaśle już taka informacja była. Impreza z pewnością warta polecenia - ale tu trzeba zrobić zastrzeżenie, że dla osób świadomych na co się piszą. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że jest to klasyczna jazda MTB, więc trzeba być gotowym na wiele pchania, trzeba być gotowym na błoto itd. Także i sprzętowo - to zdecydowanie trasa na rower górski z amortyzacją, oczywiście jak ktoś się uprze to można próbowac na innym typie roweru - ale frajda z tego będzie bardzo marna, a stopień upierdliwości takiej jazdy bardzo duży, odbierający połowę przyjemności.